Jolanta Brach-Czaina
Chrześcijańskie podstawy Europy i polski kodeks karny

Trwa spór o to, czy preambuła konstytucji UE powinna zawierać invocatio Dei lub odwołanie do chrześcijaństwa. Chadecki projekt jest podobny do preambuły polskiej konstytucji, więc warto obserwować skutki przyjętych w polskiej ustawie sformułowań.

Europejski projekt chadecki brzmi: „Wartości Unii zawierają wartości tych, którzy wierzą w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i tych, którzy tej wiary nie podzielają, ale te podstawowe wartości wywodzą z innych źródeł”. W preambule polskiej konstytucji odpowiedni fragment brzmi: „my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł [...]”.

Zastanówmy się nad chrześcijańskimi podstawami Europy, bo to punkt wyjścia tej preambuły. Przez fundament rozumiemy to, co leży u początków danej kultury i w tym sensie stanowi jej podstawę, a ponadto co jest dla niej charakterystyczne. Czy chrześcijaństwo stanowi wyróżnik Europy? Raczej nie. Chrześcijańska jest północna Azja, czyli Rosja, Australia, Ameryka Północna i Południowa.

Sprawa jest też wątpliwa, gdy sięgniemy do źródeł historycznych. Ani fundamenty kultury europejskiej nie pochodzą od chrześcijaństwa, ani chrześcijaństwo nie wywodzi się z Europy. Powstało w Azji Mniejszej. Tam miało swe źródła.

Do dziś aktualne zasady europejskiej kultury zostały sformułowane klarownie i w sposób bardzo dojrzały w antycznej Grecji. Na setki lat przed narodzinami Jezusa wartości kultury europejskiej były gotowe. Prawda, dobro, sprawiedliwość, piękno - wymieniane w projekcie preambuły - nie są wartościami sformułowanymi przez chrześcijan. Odkryła je starożytna literatura, teatr, rzeźba, architektura, a jasno sformułowała filozofia. Pogańscy Ateńczycy jako pierwsi sformułowali też zasady demokracji bezpośredniej i cenili cnotę obywatelskiej odpowiedzialności.

Historycznie rzecz biorąc wymienione wartości nie są chrześcijańskie. Pozostaje ewentualnie sprawa ich boskiego pochodzenia, ale wówczas trzeba by się powoływać na bogów i boginie greckiego Olimpu. Jeśli uważa się, że kultura Aten czasów Peryklesa nie była dziełem ludzi, lecz miała źródło nadprzyrodzone, to było nim wielobóstwo i wiara w pokrewieństwo bogów, ludzi i zwierząt. A jest to nie tylko wizja charakterystyczna dla tamtych czasów, lecz także postawa bliska dziś młodym ludziom, którzy cenią braterstwo ekologiczne, a także wybierają i zmieniają wierzenia i religie w zależności od swych potrzeb duchowych w danym momencie. To jadą na masowe spotkania z Janem Pawłem II, to do Dalajlamy. Ci młodzi ludzie uważają, że religie i kościoły są dla nich, a nie oni dla kościołów.

W projekcie preambuły prawdziwa historycznie jest druga część, wskazująca „inne” źródła wartości prawdy, piękna, dobra i sprawiedliwości, a nieprawdziwa część pierwsza.

Jak to się w ogóle stało, że chrześcijaństwo podpisuje się dziś pod antycznymi wartościami, które przez długie lata zwalczało, jako pogańskie, a dziś przypisuje sobie nawet ich autorstwo? I dlaczego projektodawcy preambuły pomijają inne fundamentalne wartości należące do kanonu kultury europejskiej– na przykład wolność jednostki?

Młode chrześcijaństwo obchodziło się w sposób barbarzyński z zabytkami antycznej kultury, ale z upływem wieków przyswoiło sobie filozofię grecką. Św. Augustyn korzystał z Platona, a św. Tomasz z Arystotelesa. A gdy skończył się długi okres średniowiecza i Renesans przyniósł wybuch swobodnej, wielkiej twórczości, artyści i myśliciele żywiołowo zwrócili się do antycznych źródeł europejskiej kultury. Wartości duchowe Europy, we wszystkich wielkich okresach dziejów tego kontynentu, tworzyli przede wszystkim artyści, pisarze, uczeni i reformatorzy społeczni.

Ważnym elementem europejskiego kanonu wartości są idee wolności jednostki i równości obywateli wobec prawa a także braterstwo. Te wartości z wielką siłą wypowiadali myśliciele Oświecenia. Stały się one podstawą organizacji nowoczesnych państw demokratycznych. Dziś ludzie myślą o wolności osobistej jako ochronie jednostki przed ingerencją państwa i wszelkich innych instytucji, które chcą kontrolować prywatne życie ludzi poprzez jawne nakazy i zakazy oraz zakulisowe manipulacje. Być może tu jest odpowiedź na pytanie dlaczego projekt chadeckiej preambuły pomija kanoniczną w kulturze europejskiej wartość wolności. Kościół katolicki odmawia jednostce prawa do samodzielnego formułowania sądów moralnych i do decydowania o własnym losie. Hierarchowie dążą do podporządkowania prywatnego życia wszystkich ludzi doktrynie katolickiej. Dlatego konstytucje, ich preambuły i kodeksy karne są terenem szczególnych zabiegów ze strony Kościoła. Polska jest dziś takim modelowym krajem, w którym świeckie prawo skonstruowane jest wedle woli Kościoła Katolickiego, we wszystkich sprawach, które hierarchów interesują.

Preambuła chadeckiego projektu dla UE, podobnie jak nasza, sformułowana jest dziwacznie. Preambuły konstytucji powinna łączyć obywateli wspólnoty, a nie dzielić. Jeżeli, jak twierdzą zwolennicy tych tekstów, chodzi o wartości, na które wszyscy się godzą, to wystarczy je wymienić i na tym skończyć: prawda, piękno, dobro, sprawiedliwość. Tymczasem dodano formuły poróżniające i zbędne: oto jedni wywodzą je do Boga i chrześcijaństwa, drudzy od jakichś nie wymienianych z nazwy, innych źródeł. Jedni są na pierwszym, inni na drugim miejscu. Same sformułowania robią wrażenie jakiejś akrobacji stylistycznej. Dlaczego Watykan i partie chadeckie z absolutną determinacją walczą o taki dziwaczny kształt preambuły? Najprostszym racjonalnym wytłumaczeniem może być to, że wspólnie uznawane wartości są tylko kamuflażem, a chodzi o to, żeby pod ich osłoną narzucić wszystkim odwołanie do chrześcijaństwa. Jednak to tylko początek. W Polsce usankcjonował on dalsze przywileje prawne Kościoła Katolickiego zagwarantowane w konstytucji, konkordacie, ustawach około konkordatowych i w kodeksie karnym. Kościół odzyskał majątki odebrane przez władze komunistyczne, a świeccy obywatele nie odzyskali. Kościół został zwolniony z obowiązku płacenia podatków, a ubogie państwo polskie zobowiązano do łożenia na Kościół. Finanse Kościoła nie podlegają żadnej kontroli i są najpilniej strzeżoną tajemnicą. Państwo utrzymuje kościelne wyższe uczelnie. Religia, której dawniej uczono w kościołach bezpłatnie została wprowadzona do szkół oraz przedszkoli i opłacana jest z pieniędzy podatników w tym agnostyków i niewierzących. A czy ktoś może wyobrazić sobie rodziców, którzy wycofają swoje małe dziecko z lekcji religii w przedszkolu, gdy ono chce być razem z innymi dziećmi? I czy niewierzący rodzice zechcą wystawić małe dziecko na los odmieńca narażonego na ostracyzm grupy? Konstytucja formalnie chroni przynależność wyznaniową i bezwyznaniowość, ale w przedszkolu tej drugiej nie da się wyegzekwować.

Od kilku lat polska kultura poddana jest ostrej cenzurze bezkarnie prowadzonej przez skrajne ugrupowania narodowo-katolickie. Awantury pod galeriami i w galeriach. Prokuratorskie przesłuchania artystów, kuratorów, dyrektorów galerii. Wobec niezależnych galerii stosuje się sankcje finansowe lub zamyka je. Niewygodni kuratorzy i dyrektorzy tracą pracę.

Jak to jest możliwe, że w demokratycznym państwie małe grupki fanatyków mogą terroryzować społeczeństwo i wtedy, gdy rządzi prawica, i gdy rządzi lewica?

Są dwa powody tej patologii społecznej. Pierwszy związany jest z prawem. Drugi z dwuznaczną wobec awanturników postawą hierarchów Kościoła Katolickiego.

Dla twórców konstytucji UE przydatna byłaby wiedza o tym , w jakich opałach znaleźli się polscy artyści ze względu na wymuszone przez Kościół zapisy prawne, które początkowo wydawały się nieszkodliwe. W polskim prawie chrześcijańskiej formule preambuły towarzyszy artykuł 196 Kodeksu Karnego. Cytuję: „Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.” To jest prawna podstawa dochodzeń prokuratorskich oraz toczącego się w Gdańsku głośnego procesu, który – choć jeszcze trwa - sam w sobie jest narzędziem zastraszania twórców.

Temida jest ślepa, ale żeby aż do tego stopnia! Czy galerie sztuki są miejscami „przeznaczonymi do obrzędów religijnych”? Czy praca wykonana przez artystę to „przedmiot czci religijnej”? Można dziwić się dokonanej przez prokuraturę i sąd interpretacji artykułu 196 K.K. Ale dziwne jest też sformułowania tego artykułu. Akt obrażania jest czynnością wymagającą współdziałania obrażającego się z tym, kto się obraża. Obrażony jest współsprawcą aktu obrazy. Bywają ludzie przewrażliwieni. W skrajnych przypadkach, sprawcą aktu obrazy jest sam obrażony. Dlaczego prawodawcy tak nieprecyzyjnie skonstruowali prawo, że pozwala niewinną osobę skazać na dwa lata więzienia.? Dotychczas wszystkie oskarżenia artystów wnosili do prokuratury fanatycy, którzy chcą dostosować życie kulturalne do własnych przekonań i poziomu. Żeby ich zadowolić, sztuka musiałaby ograniczać się do dewocjonaliów. Tymczasem prokurator nie ma sposobu, by stwierdzić, czy rzeczywiście zostali obrażeni, czy tylko sprawnie władają instrumentem przemocy ideologicznej i cenzury religijnej, jakiego dostarcza im prawo.

Gdy w wychwalanej preambule tyle wykazano dbałości, by wymienić tych, którzy wartości upatrują w Bogu i tych, którzy widzą inne ich źródła, to polski kodeks karny nie przewiduje możliwości obrażania uczuć tej drugiej grupy obywateli. Twórców, ich uczucia, wierzenia można obrażać bezkarnie. W preambule byli i ci, i tamci, ale na dwa lata więzienia już tylko jednych można skazać. Artykuł 196 polskiego kodeksu karnego narusza zasadę równości obywateli wobec prawa, zasadę wolności jednostki, w tym: wolności sumienia, myślenia i tworzenia. Nie darmo w naszej preambule wolność i równość nie znalazły się w kanonie wartości.

Oprócz prawa, drugim powodem, dla którego grupki fanatyków narodowo-katolickich mogą prześladować artystów, cenzurować sztukę i doprowadzać do sytuacji, w których wolność wypowiedzi wymaga heroizmu jest dwuznaczne stanowisko hierarchów Kościoła Katolickiego, którzy rzadko fanatyków ganią, a często popierają.

W polskiej demokracji powstała pewna osobliwość: księża zdobyli władzę nad politykami, a stracili władzę nad wiernymi. Polacy lubią obrzędy, ale są trzeźwi i praktyczni. Od księży oczekują uroczystych chrztów, ślubów i pogrzebów. Lubią też spektakularne, wielkie uroczystości z polskim papieżem, którego podziwiają. Ale księża nie raz przekonali się boleśnie, że Polacy ich nie słuchają. Ani wówczas, gdy proboszczowie mówią na kogo głosować, ani jak robić dzieci. Spada przyrost naturalny, a w ostatnich wyborach parlament zdominowały partie, do których księża zniechęcali. Prasa i telewizja kościoła hierarchicznego traci odbiorców. Mając wpływ na polityków a nie mając na wiernych Kościół wykorzystuje prawo do narzucania wszystkim swoich poglądów.

Nieszczęściem kultury polskiej jest też niezależne od Episkopatu Radio Maryja, które pozyskało ludzi wylęknionych, ksenofobicznych i zamienia ich kompleksy w role natchnionych „biczów bożych”. Mają w Sejmie małą, ale agresywną partię. Kierują grupami dewotek i dewotów, którzy pikietują galerie i kina, skarżą do prokuratury artystów. Episkopat chciałby podporządkować sobie popularnego zakonnika. Wybuchają konflikty, ale nie są to spory o pryncypia wiary, bo te są takie same, ani o stosunek do wolności wypowiedzi artystów, których gromią wspólnie. Między krnąbrnym zakonnikiem a Episkopatem toczy się wewnętrzna walka o władzę w Kościele. Wystarczy jednak, by pojawiła się jakaś inicjatywa obywatelska, na przykład ze strony dziennikarzy domagających się, by Urząd Skarbowy skontrolował tajemnicze interesy finansowe zakonnika, a wtedy broni go i Episkopat i Jan Paweł II. Trudno się dziwić, przecież wszystkie te trzy ośrodki zgadzają się nie tylko, co do zasad wiary i moralności oraz roli Kościoła w społeczeństwie, ale też wszystkie zgodnie dają wyraz osobliwym przekonaniom, że „kultura Zachodu to kultura śmierci: aborcja, eutanazja, legalizacja związków homoseksualnych”. Charakterystyczne, że do tej „Sodomy” nie włączono seksualnego wykorzystywania dzieci i podwładnych.

Wróćmy do chadeckiego projektu konstytucji europejskiej. Preambuły mają dalsze konsekwencje. I oto zapowiedź następnego kroku. W imieniu Watykanu arcybiskup Sodano poinformował, że dla Watykanu istotne jest invocatio Dei, ale równie ważne jest „wpisanie do konstytucji europejskiej jakiejś prawnej formuły, która sankcjonowałaby współpracę między kościołami a władzami publicznymi” („Gazeta Wyborcza” 17 grudnia 2002, s.16).

To wyraźna zapowiedź konkordatu. Oczywiście stroną nie byłby tu sam Watykan. Byłaby to umowa między episkopatami kościołów chrześcijańskich a władzami Unii Europejskiej. Problem polega jednak na tym, że „inne” Kościoły Chrześcijańskie są zgromadzeniami wiernych, a tylko Kościół Katolicki jest centralnie zarządzaną, wielką, hierarchiczną strukturą. Ma rzesze urzędników i długą tradycje dyplomacji, więc będzie dominował nad innymi chrześcijanami. Biskup J. Życiński wyjaśnia, że Unia ma być Europą ojczyzn, a nie federacją, ale nie może tam być żadnej różnorodności, żadnej „wieży Babel” jeśli idzie o przekonania religijne. A Wiesław Chrzanowski „widzi Europę jako zinstytucjonalizowaną wspólnotę państw narodowych, zespoloną tradycjami cywilizacji rzymsko-chrześcijańskiej” („Gazeta Wyborcza” 20 listopada 2002, s.19). Do kompletu brakuje Unii Europejskiej już tylko artykułu 196 K.K. Czy ma to być Europa chrześcijan kierowanych przez „chrześcijan-rzymskich” czyli watykańskich? Czy oni też będą reprezentować wyznania niechrześcijańskie, albo religie nie mające osobowego Boga – jak Buddyzm? A kto w tym europejskim konkordacie będzie reprezentował agnostyków i ateistów, którzy w „innych źródłach” odkryli najwyższe wartości? I po co Unii Europejskiej ta awantura?



< < < powrót

< < < www.spam.art.pl