Monika Branicka






Nieznalska na stosie



Jest takie łacińskie przysłowie: ARS NON HABET OSOREM NISI IGNORANTEM - sztuka nie ma wroga, chyba w ignorancie. Ostatnio wydaje się ono szczególnie aktualne: dla sztuki nastały czasy nowej inkwizycji.
W świetle ostatnich wydarzeń społecznych, politycznych, obyczajowych i kulturalnych ciśnie się na usta uwaga, że w naszym kraju kultura jest niekulturalna, artyści to oszuści, a każdy cwaniak czy złodziej jest najzupełniej normalny. Natomiast nienormalni są ci, którzy się kulturą interesują, a zwłaszcza artyści. Media o sztuce mówią jedynie w kontekście afer i skandali. Kreują jej wizerunek jako tajemnej hochsztaplerskiej działalności bandy darmozjadów, która czyha tylko, aby nabić widza w butelkę, a potem śmiać się, że i tak z widza kmieć i prostak. Banda ta, według mediów, najbardziej upodobała sobie robić kpiny z widza i obrażać jego wartości. Wszelakie, jakie tylko ma: religijne, moralne, estetyczne itd. Słusznie zatem niska frekwencja w muzeach i galeriach spowodowana jest instynktem samozachowawczym widza. Nic także dziwnego, że doprowadziło to w naszym kraju do postawienia artystki przed sądem i skazania za obrazę uczuć religijnych. Sprawa dotyczy instalacji pt. "Pasja" autorstwa Doroty Nieznalskiej. Grupa członków Ligi Polskich Rodzin poczuła się obrażona widokiem części instalacji (w telewizji zobaczyli część instalacji, z drugą częścią - nagraniem wideo się nie zapoznali, co z gruntu poddaje w wątpliwość zrozumienie przesłania dzieła). Jakie społeczeństwo, takie media. Pamiętam, że kiedy "afera" ujrzała światło dzienne, prezenter w jednym z telewizyjnych programów informacyjnych poinformował o wydarzeniach w galerii z kwaśnym uśmieszkiem na twarzy i komentarzem: o tym dziele sztuki można mówić o tyle, o ile można o nim powiedzieć: dzieło, sztuk jeden. Tymczasem moje uczucia (wszelakie) nieustannie obraża każda relacja z sejmu, z obrad komisji, dymisji, eksmisji itd., a jednak jak dotąd nie zdecydowałam się na podanie nikogo do sądu. Jesteśmy jednym z niewielu państw (obok Korei Północnej i Iraku), w którym o wartości dzieł sztuki decyduje się odgórnie. Sztuce - z definicji - wolno wszystko, u nas zaś niewiele. 18 lipca 2003 gdański sąd za przestępstwo w postaci obrazy uczuć religijnych skazał Dorotę Nieznalską na sześć miesięcy ograniczenia wolności polegającego na pracach społecznych. Moje wyrazy głębokiego rozczarowania i oburzenia kieruję do instancji, która zadecydowała o karze. Korzystam przy tym z resztek moich złudzeń o wolności słowa, wolności poglądów a przy okazji wolności (?) prasy. Byłoby dobrze, aby nie zostały one wypowiedziane na próżno, jednocześnie mam świadomość, że wysoki sąd nie czyta artykułów o sztuce, bo gdyby sąd zechciał się takimi zainteresować, lub tylko zechciał poznać jakiekolwiek opinie osób ze sztuką związanych, cały proces potoczyłby się inaczej, a kto wie, może w ogóle by do niego nie doszło.
Relacjom z procesu przyglądałam się z zainteresowaniem, momentami z rozbawieniem głupotą, a jednocześnie z zażenowaniem, że w ogóle coś takiego ma miejsce. Niemniej, ani przez sekundę nie miałam wątpliwości, że Nieznalska zostanie uniewinniona, co więcej, miałam nadzieję ze proces ten przyczyni się do zmiany zapisu art.196 k.k. Tymczasem uzasadnienie wyroku oraz towarzyszący mu aplauz mnie załamały. Kiedy bigoci oklaskiwali wyrok, sędzia Zieliński powiedział: Kto sobie przyznaje prawo oklaskiwania sądu przyznaje sobie również prawo jego wygwizdywania. To nie powinno się zdarzyć. Panie sędzio! Konstytucja uprawnia nas do wygłaszania własnych poglądów i ocen. Fakty publiczne mają prawo podlegać publicznej akceptacji lub krytyce (na tym polega demokracja), dlatego kołtuneria biła brawo, a ja - z całym szacunkiem dla instancji - wyrok wygwizduję!.
Porównując proces do np. badania naukowego lub działania matematycznego, jego wynik musi być zły, jeśli przyjmie się błędne założenia, fałszywe tezy. Cała sprawa rozbiła się o krzyż i genitalia. Otóż według LPR przedstawienie genitaliów obraża krzyż. Pytanie elementarne dla dalszego toku rozumowania: czy przedstawienie genitaliów jest obraźliwe? Rozumiem, że członkowie (sic!) LPR w członku widzieli aluzje do seksu, skoro uznali, że jest to przedstawienie obraźliwe, a seks w ich rozumieniu jest grzechem (tu mogła jak sądzę mieć źródło owa negatywna ocena genitaliów). Tymczasem członek w instalacji Nieznalskiej został przedstawiony naturalnie: nie jest to przedstawienie obsceniczne, pornograficzne, członek nie jest w stanie erekcji, nie ma żadnych elementów które przywoływałyby jakikolwiek kontekst. Wynika z tego, że ów członek przedstawia po prostu członek i nic więcej: jest oznaczeniem, SYMBOLEM PŁCI. Dopóki nie zostanie nadany żaden kontekst, genitalia są tylko genitaliami, tak jak ucho jest uchem, oko okiem itd. Są tylko częścią ciała ludzkiego i nie mają żadnego zabarwienia emocjonalnego. Nie uważam, aby należało je negatywnie oceniać. Do zmiany stanowiska zachęcam członków LPR choćby stwierdzeniem (korzystając z kościelnej sofistyki) że Bóg stworzył genitalia jako instrument, narzędzie dzięki któremu istniejemy i nie ma w tym nic grzesznego. No, chyba że członkowie LPR uznają, że ta część ciała Bogu wyjątkowo się nie udała (samokrytyka członków LRP?), ale w świetle faktu, iż Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo (zaraz, zaraz, panowie, Bóg też ma genitalia!) to krytyka Boga trąci herezją. Amen. Jeśli w genitaliach par excellance ktoś widzi problem, to wio do psychiatry albo seksuologa. Gdyby Nieznalska chciała użyć jakiejś części ciała z zamysłem obrażenia, użyłaby pośladków a w dodatku nie takich "zwykłych" pośladków, ale wypiętego tyłka. Jest to bowiem w naszym kręgu kulturowym jedyna część ciała uznawana za obraźliwą (pod warunkiem stosownego użycia czyli wypięcia) i to już od średniowiecza, gdyż uważano wówczas, iż w tym właśnie miejscu diabeł ma twarz. Natomiast członek jako taki nigdy nie nosił w sobie znamion oceny, a jeśli, to ewentualnie pozytywnej, gdyż był powodem do dumy (patrz zbroje i ubiory XV, XVI-wieczne z elementami eksponującymi genitalia), nadto był symbolem płodności i mężności. To najważniejszy w tym procesie błąd: założenie że genitalia są obraźliwe jest fałszywe, dlatego reszta jest nieprawidłowa (czyli do dupy, a nie do członka- sic!)
Sprawa druga: Problematyczny krzyż jest krzyżem greckim. Cytuję z uzasadnienia wyroku: "Jakkolwiek świadek obrony Aneta Szyłak wskazywała iż krzyż ten może być poczytywany za tzw. krzyż grecki a także że krzyż w ogóle jest symbolem cierpienia bądź też znakiem kosmologicznym, nie ulega wątpliwości iż w warunkach polskich, w polskim kręgu cywilizacyjnym, krzyż kojarzy się jednoznacznie jako związany z męczeńską śmiercią Chrystusa". Owszem, ale w naszym kręgu kulturowym (bo o polskim kręgu cywilizacyjnym nie słyszałam) za taki uważany jest krzyż łaciński o wyraźnym dłuższym dolnym ramieniu. A krzyż grecki w Polsce kojarzy się co najwyżej z PCK. (Oczywiście jest to wynik niewiedzy społeczeństwa o symbolach chrześcijańskich - gdyż mało kto wie gdzie używa się krzyża równoramiennego, ale spuśćmy na to zasłonę milczenia.) Wynika z tego, że jednoznaczne wskazanie sądu na problematyczny krzyż jako na symbol wiary Kościoła katolickiego jest nieścisłe i niepełne. Taka interpretacja jest nadużyciem, gdyż żaden symbol nie jest własnością żadnej religii. Dodatkowo należałoby ustalić czy krzyża należy poświęcić, aby stał się przedmiotem kultu. Paralelnie - bez naniesionych świętych inskrypcji ikona jest tylko malowidłem, deską, zaś dopiero z inskrypcjami wchodzi do kultu. Oczywiście cały problem z traktowaniem symboli dotyczy kwestii nieumiejętności rozróżniania przez wiernych ikonodulii od ikonolatrii, co w 726 roku doprowadziło do ikonoklazmu, który na ponad wiek podzielił cywilizację chrześcijańską. Tyle, że tam szybko się z tym problemem uporano, a polscy katolicy wciąż nie mogą zrozumieć tak prostych rzeczy.
W procesie Nieznalskiej większość faktów (jeśli nie wszystkie) była po stronie artystki. Oskarżający nie widzieli wystawy, co sąd zlekceważył. Sąd też nie widział instalacji, nie chciał widzieć i generalnie wszyscy mieli instalację gdzieś (na świecie przeprowadza się w sądach rekonstrukcję zdarzeń). Dla sądu wystarczy, aby przynajmniej dwie osoby poczuły się obrażone czymś, czego nie widziały, a wystarczy aby miały "świadomość iż publicznie wystawiano instalację której częścią był krzyż a na krzyżu były męskie genitalia". Jeśli do obrazy uczuć wystarczy świadomość, to moje uczucia obraża sąsiad, bo sąsiadka powiedziała mi, że widziała jak on miał brudny kołnierzyk w niedzielę. Jakie bowiem są dowody, że instalacja kogoś obraziła? Dostarczenie ich jest oczywiście niemożliwe z powodu niematerialności uczuć religijnych i z gruntu sytuuje całe zajście w kategorii paranoi i fikcji. Proces oparto na oświadczeniach bigotów. Niemniej sąd założył: Nie ulega wątpliwości iż krzyż ten został znieważony. Czy sąd może pozwolić sobie na nieobiektywizm przyjęty apriori? Oczywiście, że nie. Pomimo tego proces odbył się bez dowodów, podobnie jak w latach 50. (ostatnio słyszałam stwierdzenie jednego ze stalinowskich oprawców, że musieli bić, bo dostarczano im oskarżonych bez dowodów - to ładne i nawet pasuje do przypadku Nieznalskiej). Sąd nie chciał posiłkować się specjalistami. Jedno z ważniejszych zdań w uzasadnieniu wyroku to: "Odnośnie oceny charakteru sztuki zaangażowanej sąd również odmówił dopuszczenia dowodu z opinii biegłego z tego powodu, iż ocena charakteru sztuki zaangażowanej należy do sądu a nie do biegłego. (...) sąd nie zamierza bawić się w krytyka literackiego, malarskiego czy w rzeźbie". Sąd sobie zaprzeczył. Nie chce bawić się w krytyka ale ocena należy do niego. Na czymże, jeśli nie na ocenie, polega krytyka? Ponadto sformułowaniem o bawieniu się w krytyka sąd zakpił z wszystkich krytyków. Otóż proszę Państwa krytyków my robimy sobie według sądu jaja. Nasza praca jest dla sądu żartem, jest nic nie warta. Jesteśmy niepoważni, nas zawód to zabawa. Wprawdzie nie jest już zabawą płacenie przez nas podatków z pieniędzy zarobionych na tej zabawie (to prawda, że marnych), ale to co robimy, to co studiujemy to dla sądu hucpa. Tym razem to ja - jako historyk sztuki - czuję się urażona.
Sąd nie uznał za stosowne posiłkowanie się opinią krytyków i orzeka w sprawie, na której - jak sam przyznaje - się nie zna. Orzeka w sprawie, której nie rozumie. Tak jest w tym kraju ze wszystkim. Każdy chce robić co innego niż umie. Piekarz chce być mechanikiem, elektryk prezydentem, a prawnik krytykiem. Jeśli to takie oczywiste, życzę aby sędziemu krawiec naprawiał samochód, a hydraulik wypisywał recepty.
Instalacja Nieznalskiej nie wzbudziła protestu ze strony Kościoła. Pomimo tego sędzia chciał być bardziej papieski niż papież. Wyznaczenie wyższej kary niż domagał się prokurator było kompromitacją. W uzasadnieniu czytamy: "oskarżona dążyła do osiągnięcia sukcesu artystycznego, osobistego, w swoim środowisku chcąc osiągnąć ten sukces zdecydowała była nawet na obrazę uczuć religijnych". I: "oskarżona przez skandal który sama wywołała niewątpliwie stanie się osobą znaną, (...) będzie zapraszana na najróżniejsze wystawy i zgromadzenie 2000 zł grzywny nie jest żadną dolegliwością". Oczywiście sąd nie wie, że artyści kasy nie mają, zwłaszcza, że przyznaje przecież, że na sztuce się nie zna. Odkąd rozpoczął się proces, Nieznalska nie zrealizowała żadnego projektu i otwarcie narzekała na brak pieniędzy. Artyści nie mają ciepłych posadek za bycie artystami. W Polsce artyści na sztuce nie zarabiają, gdyż nikt nie kupi sobie tutaj np. instalacji. I fakt sławy (a raczej niesławy wynikły z faktu bycia karalną) nic jej w tej materii nie przyniesie. Nikt nie zapłaci jej za to, że jest sławna. W polskich warunkach bycie sławnym artystą nie przekłada się na kasę i, jak widać po zajściach w Gdańsku, jeszcze długo na nic pozytywnego się nie przełoży.
Oto sąd zadecydował czy sztuka jest słuszna czy nie. W historii zdarzyło się wiele niechlubnych prób odgórnego decydowania o wartościach sztuki lub przypadków nałożenia jej kagańca: realizm socjalistyczny, a wcześniej nagonka na Die entartete Kunst, gdy po dojściu do władzy Hitlera niszczono w Niemczech dzieła awangardy. Na specjalnych planszach poglądowych obok reprodukcji obrazów Picassa umieszczono wówczas zdjęcia kalek i przykładów patologii anatomicznych. Takich przypadków było w historii sztuki więcej. Za dadaistami policja uganiała się nieustannie, aresztowała ich dzieła, wsadzała do ciupy, podobnie na dołku przesiadywali inni za swoje artystyczne poglądy. Problemy z wymiarem sprawiedliwości miał George Grosz za rysunek Chrystusa w masce gazowej, skandal wywołał Duchamp Przenajświętszą Panienką. Zawsze, kiedy sztuka wchodziła na grunt religii i polityki - zaczynały się problemy. Potem rozjuszona dulszczyzna umierała w zapomnieniu i okazywało się, że ślad w historii pozostawili po sobie owi bandyci, obrazoburcy i skandaliści. Kiedy Michelangelo Merisi da Caravaggio namalował Śmierć Matki Boskiej obraz wywołał skandal. Zamiast zastosować się do klasycznych wzorów artysta namalował scenę naturalistyczną, w której nad leżącą na deskach martwą, opuchniętą Marią rozpaczają Apostołowie. Księża odmówili umieszczenia obrazu w kaplicy kościoła Santa Maria della Scala. Ani oni, ani zleceniodawca Laerzio Cherubini (prawnik - sic!) nie docenili arcydzieła. Na to trzeba było wyrafinowanego odbiorcy o wyszukanym smaku, dla nich zaś sztuka Caravaggia była tylko prowokacją. Zbulwersowała ich przeciętna "chłopska" i twarz Marii a najbardziej jej odsłonięte, brudne nogi. Kilka innych obrazów Caravaggia także zostało odrzuconych z kultu bo nie podobały się nogi św. Mateusza i jego stopy prostacko ukazane ludowi, w innym obrazie nie podobała się Maria namalowana wulgarnie z nagim dzieciątkiem, toteż artysta wielokrotnie miał problemy z powodu swojej twórczości.
Doszliśmy do wniosków. Proces obnażył słabość wymiaru sprawiedliwości. Bezradność wobec sztuki (ustawa nie przewiduje kontratypu sztuki - to z uzasadnienia wyroku). Pokazał stan świadomości społeczeństwa, kołtuństwo, dulszczyznę i agresję. Podważył szacunek społeczeństwa do sztuki w ogóle. Obnażył absurdy na linii sztuka - prawo. Wreszcie okazał się zamachem na twórcze myślenie, na wolność wypowiedzi. Wstydzę się za wymiar sprawiedliwości, który zamiast zająć się oszustwami podatkowymi, fałszowaniem dokumentów, wyłudzaniem odszkodowań i wieloma innymi przestępstwami dokonanymi przez osoby będące w tym kraju u władzy, toleruje agresję rozjuszonych aktywistów, nie odróżniających wiary od polityki. (to zresztą charakterystyczne - dla nich Polak to katolik, a czy Węgier czy Brazylijczyk nie może być katolikiem?). Przykro mi, że sąd daje się wciągać w polityczne manewry oszołomów i miesza do tego sztukę.
Artystka w swojej twórczości wykorzystuje pewne procesy kulturowe zachodzące w społeczeństwie. Jako osoba wrażliwa jest wyczulona na wszelkie nieprawidłowości, stąd krytyką niektórych zjawisk chce pobudzić do myślenia i spowodować dyskusję w kulturze. Przede wszystkim usiłuje zrozumieć problem agresji. Jednakże poprzez fakt oskarżenia i skazania paradoksalnie staje się jej ofiarą. Ofiarą przemocy fanatyków i dominacji instytucji nad rozumem.
Na koniec wiadomość pomyślna w tej smutnej historii. Orzekanie w sprawie sztuki to złudzenie. Sąd może orzekać w sprawie artystów - ludzi, skazywać ich na rozmaite kary, upokarzać, itd., ale nie uda się ani wysokiemu sądowi ani LPR zatrzymać rozwoju sztuki. To nie sąd tu orzeka. Od tego są inni, a przede wszystkim historia. Na szczęście.



< < < do strony głównej < < <