dr Kazimierz Piotrowski






IRRELIGIA PRZED I PO PROCESIE NIEZNALSKIEJ
(albo o granicach polskiej tolerancji)


Po skazaniu artystki Doroty Nieznalskiej 18 lipca 2003 roku w Gdańsku za obrazę uczuć religijnych człowieczeństwo winno stać się już tylko - by przypomnieć słowa Stanisława Przybyszewskiego - martwym manekinem, literacką bibułą, potworną karykaturą, składającą się z paragrafów, norm i praw. Człowiek ma pozostać terra incognita - dzięki zakazom tysięcznych praw kościelnych i społecznych, które nie dozwalają na badania tych niebezpiecznych krain w doświadczalnym człowieku.1 Kto jest za tę sytuację w Polsce odpowiedzialny?

TOLERANCJA MINISTRA

Na spotkaniu z ministrem Andrzejem Celińskim w Muzeum Narodowym w Warszawie wiosną 2002 roku, gdy przedstawiał wizję przezwyciężenia zapaści finansowej resortu kultury i sztuki, Kazimierz Kutz powiedział, że lewica zawsze lepiej traktowała sztukę niż prawica. To względna prawda - przekonanie artysty o lewicowo-liberalnych poglądach. Historyk sztuki modernistycznej mógłby oczywiście postarać się uzasadnić to ogólnikowe stwierdzenie. Potrafiłby przytoczyć wiele spektakularnych przykładów sojuszu rewolucyjnej lewicy i sztuki, jak choćby w przypadku młodego Przybyszewskiego - redaktora socjalistycznej "Gazety Robotniczej" w Berlinie, który pisał: Pracować nad zniszczeniem tak niesłychanej potęgi, jaką jest obecny ustrój społeczny, słyszeć jak się to wszystko chwieje, skrzypi, łamie to rozkosz nieskończona.2 Ale Kutz przestrzegał też przed prawieniem komplementów rządzącym. I słusznie, skoro przypominanie tych rewolucyjnych sojuszy jest dziś komplementem wątpliwym - nie w porę po klęsce komunizmu i ogólnej niechęci do wszelkich rewolucji. Dla przeciwwagi należałoby wskazać na przypadki niezrozumienia, obojętności i represji, jakie dotknęły sztukę ze strony ludzi lewicy, zwłaszcza tej totalitarnej w Rosji Sowieckiej. Utwierdziło to wielu artystów w podejrzliwości wobec polityków tak z prawa, jak i z lewa, niezależnie od tego, jakie cele ideologiczne oni aktualnie realizują. A dziś pod sztandarem tolerancji wstępują dość szerokim frontem do Europy, której pragnienia są przecież niezmienne. Europa - powtórzmy za Stanisławem Brzozowskim - chce używać swej własnej kultury, przy czym w Polsce nie chce się brać odpowiedzialności za jej wytwarzanie. Świadczy o tym dobitnie skazanie Nieznalskiej. Jest godne uwagi, że cały proces, chociaż był inspirowany przez Ligę Polskich Rodzin, rozegrał się za rządów lewicy i tak też przejdzie do historii sztuki polskiej, niezależnie od tego, czy będziemy mówić o niezawisłości sądów w Polsce i tym samym oddzielać władzę sądowniczą od wykonawczej i ustawodawczej. W polskiej historii sztuki będziemy od tej pory pamiętać, że to właśnie miało miejsce za rządów lewicy i będzie to dobrze ugruntowana pamięć, co się niżej okaże.

Myślę, że ten problem należało już dawniej przedyskutować w naszym kraju, gdzie ostatnimi laty zwalniano z pracy lub degradowano ludzi domagających się respektu dla trudnej prawdy sztuki, przy czym ze strony rządzących represjonowani ludzie sztuki nie otrzymywali należytej pomocy czy osobistego moralnego wsparcia poza propagandowymi wystąpieniami ostatnich ministrów. Jest to niezwykle aktualna i zajmująca kwestia, a myślenie o niej wykracza poza dyskurs polityczny, który musi zostać poskromiony dla dobra naszej kultury. Polityka bowiem albo grzęźnie w koleinach partyjnych tradycji (czy resentymentów, ślepoty), albo rządzi się doraźnym interesem, do którego redukuje aktywność artysty. Politycy często nie są w stanie uświadomić sobie trudności, jakie sami stwarzają, gdy przyparci do muru przez oburzoną czy nawet rozjuszoną opinię publiczną zajmują stanowisko wobec sztuki najnowszej. Politycy nasi są ludźmi dziś bardzo zapracowanymi, gdyż zostali skonfrontowani wreszcie z demokratycznym żywiołem, który nie pozwala im zastygnąć, jak dawniej w PRL-u, w monopartyjności gwarantującej przywilej władzy. Nie mają oni czasu na studiowanie ani sztuki, ani filozofii - na przykład takiego Habermasa, który starał się w teorii komunikacyjnego działania wprowadzić harmonię pomiędzy teoretyczną wiedzą o świecie, moralnością i polityką oraz ekspresją sztuki. Dlaczego tak sądzę? Ponieważ ten idol nowej lewicy - Habermas - wierzył w pożyteczną komunikację pomiędzy tymi typami racjonalności wyróżnionymi niegdyś przez Arystotelesa i ponownie opracowanymi przez Kanta. Nawet jeśli jest to naiwna wiara w harmonię pluralistycznego rozumu, mimo to nasi politycy muszą taką komunikację czy konfrontację sztuki i społeczeństwa umożliwić, bo jest to ich podstawową powinnością, ponieważ tylko oni dysponują władzą i kontrolują przestrzeń publiczną. Tymczasem, podobnie jak nasi arcykapłani, nie pozwalają na publiczne ujawnianie istniejących w kulturze konfliktów i napięć oraz nie potrafią ich harmonizować, o czym świadczy przede wszystkim dwuznaczna deklaracja ministra Celińskiego z okresu zmasowanego ataku oburzonych obywateli, przeważnie konserwatywnych katolików, na brukselską wystawą "Irreligia" w Atelier 340 Muzeum w Brukseli, w której wzięła udział również skazana Nieznalska. Żadnej mediacji ze strony ministra wtedy nie zauważyłem, żadnej głębszej refleksji nie dostrzegłem, a przecież wolno było spodziewać się tego od opiekuna polskiej kultury.

Oto artyści, krytycy i kuratorzy w Polsce dysponują od prawie dwóch lat wypowiedzią ministra, w której w związku z ostrą interwencją senator Krystyny Czuby przypomniano nam - ludziom sztuki - o granicach tolerancji w państwie polskim: Ministerstwo Kultury nie będzie angażować się ani organizacyjnie, ani finansowo zarówno na terenie kraju, jak i za granicą w żadne przedsięwzięcie, które może ranić uczucia wierzących. Bez względu na to, jaką wiarę wyznają. Tolerancja dla inności nie może być przyzwoleniem na jej znieważanie.3 Sztuka obrażająca uczucia religijne nie może liczyć na wsparcie ministerstwa. Jest to dla rozsądnych polityków i prokuratorów jasne. Wsparcie irreligijnej sztuki byłoby po prostu sprzeczne z konstytucją i obowiązującym prawem karnym. Listy oburzonych wystawą słane do władz państwowych były przecież protestem przede wszystkim przeciwko złamaniu konstytucji i naruszeniu prawa polskiego. Równie częste były zarzuty, że wystawa naruszyła poczucie dobrego smaku, że była objawem prymitywizmu i braku kultury, jak zauważyli dotknięci do żywego paulini z Jasnej Góry. Poparł ich zdecydowanie Episkopat Polski: Kultura winna służyć kształtowaniu duchowej wrażliwości człowieka, tymczasem przez działania skandalistów staje się ona narzędziem znieważania wartości, uznawanych przez większość naszego społeczeństwa za najświętsze. Agresywny kicz, poszukujący taniej popularności, narusza podstawowe zasady tolerancji, rani i jątrzy w okresie, gdy tak bardzo potrzeba nam wzajemnego szacunku i zgodnego współdziałania. Zechciejmy się przeciwstawić złu, przez które do życia społecznego przenika prymitywizm, zakłócając harmonię więzi międzyludzkich.4 I oto mamy efekt tego typu denuncjacji - wyrok na artystkę za obrazę uczuć religijnych. Oczywiście, że tak pospolitego ruszenia moralnej większości przeciwko "Irreligi" żaden marzący o popularności polityk w Polsce nie może zignorować. Ponadto, któż nie zgodzi się ze zwykłym poczuciem przyzwoitości, że obrażanie kogokolwiek nie jest chwalebnym zajęciem i dlatego nie powinno spotkać się z ministerialnym poparciem? Tolerancja dla inności nie może być przyzwoleniem na jej znieważanie - taką zdroworozsądkową granicę wyznaczył też sztuce minister Celiński. Tak więc wiemy na czym stoimy! Czy rzeczywiście wiemy?

Swego czasu z zaciekawieniem obserwowałem w "Życiu" kierowanym przez redaktora Wołka batalię w obronie zdrowego rozsądku. Przewodził jej profesor Legutko wraz z gronem publicystów zwalczających poglądy nowej lewicy, polityczną poprawność i ideologię społeczeństwa otwartego. Śledząc tę walkę trzeźwo myślących, ponieważ w naszym życiu nigdy zdrowego rozsądku za wiele, zauważyłem, że w pewnych momentach ich obrona rozsądku okazuje się maską niepokojącego mnie populizmu, paraliżującego skutecznie wolę artystyczną. Pamiętam zwłaszcza trudności, w jakie uwikłał się Cezary Michalski, gdy zapalczywie zwalczał pewne najnowsze dążenia w sztuce i lewicowo-liberalne postulaty profesora Piotra Piotrowskiego. Wtedy ktoś przytomny wytknął mu, że w oparciu o jego kryteria trzeba byłoby odrzucić też sporą część tej tradycji, zwłaszcza Młodej Polski, którą tak ukochał. Czy zatem walcząc o zdrowy rozsądek walczymy rozsądnie? Czy obrażając się na sztukę najnowszą, nie powinniśmy również potępić doniosłej dla nas części sztuki minionej? Czy wiemy, na czym stoimy i do jakiej tradycji odwołujemy się? Czy polska romantyczna i nowoczesna kultura są rzeczywiście apologią zdrowego rozsądku, czy raczej ukazują tę prawdę, którą miał śmiałość głosić Stanisław Brzozowski? E u r o p a - pisał on w 1910 roku - p r a g n i e u ż y w a ć s w e j w ł a s n e j k u l t u r y, a l e n i e c h c e s i ę u z n a ć o d p o w i e d z i a l n o ś c i z a j e j w y t w a r z a n i e. Kultura wytwarza się w jakiejś grzesznej, potępionej dziedzinie przez skazanych na dożywotnie galery potomków Kaina; potomstwo Abla używa tylko owoców, składa z nich ofiary i co najwyżej gotowe jest stwarzającym całe jego snujące się przez wieki kłamstwa życie - Cyklopom dobrotliwie wybaczyć.5

Pisząc ostatnimi laty o rzeźbie Xawerego Dunikowskiego, zacytowałem te zdania, które przypomniał też Zbigniew Warpechowski w książce pt. "Podnośnik". Brzozowski bronił sztuki w czasach panowania religijnej, obyczajowej i politycznej cenzury. Dlaczego więc przywołuję jego słowa, skoro dysponujemy takimi oto zapewnieniami: Minister kultury nie będzie także odgrywać roli cenzora prywatnej działalności twórczej. Nie będzie więc recenzować tego, co polscy plastycy zaprezentowali na wystawie, która jest przedmiotem naszej korespondencji (...).
Szanowna Pani,
być może żyjemy w dwóch różnych Polskach. W Pani Polsce ma być "weryfikowana polska kultura". W mojej ma być ona wolna.
W Pani Polsce obowiązywać ma cenzura twórczej myśli i powierzchowność w ocenie dzieła ludzkiego ducha i umysłu. W mojej Polsce tolerancja dla inności i prawo do nieskrępowanej wypowiedzi są wartościami fundamentalnymi. Tolerancja nawet wtedy, gdy wypowiedź budzi mój sprzeciw. Zawężanie postawy tolerancji do zachowań, które sprzeciwu nie wywołują, zdaje się mieć całkiem miałkie uzasadnienie.
Długo bym mógł wymieniać różnice między moją a Pani Polską, ale wydaje mi się to zajęciem jałowym.
Każdy ma, na szczęście, prawo wyboru w tej sprawie.6

Cieszmy się, że minister kultury nie będzie cenzurować naszej prywatnej działalności twórczej, ale w jakiś zupełnie inny sposób będzie przecież nad nią czuwał, będzie nią zarządzał, dając lub odbierając środki, dozorując podległe mu instytucje, a więc de facto ograniczając sztuce swobodę działania w publicznej przestrzeni. Życie musi przecież spotykać się tak czy owak z nieuniknioną regulacją, jak choćby likwidacja galerii "Wyspa" w Gdańsku po wystawieniu "Pasji" Nieznalskiej. Na to nie ma rady - przyznajmy melancholijnie. Nasuwa się jednak pytanie, czy obecne regulacje są jeszcze w stanie nad tym życiem panować? Czy wypowiedzi w rodzaju cytowanej powyżej deklaracji ministra Celińskiego ułatwiają, czy utrudniają nam życie? Czy ujawniają nasze pragnienia, czy harmonizują nasze działania, czy też tłumią pewne nasze aspiracje z niezrozumiałych dla nas przyczyn? Przyjrzyjmy się więc jeszcze raz regułom gry, jakie nam proponuje się. W Muzeum Narodowym powiedziano nam, że ministerstwo nie jest od nakazywania, jaką sztukę należy tworzyć, lecz minister ma być przede wszystkim menedżerem organizującym środki finansowe i stwarzającym korzystne ramy prawne. Ten liberalny fundamentalizm każe ministrowi oczywiście odrzucić cenzurę (tę starożytną zdobycz łacińskiej cywilizacji przechowaną przez Kościół), ale pozbawia w ten sposób nas i siebie tej użytecznej instytucji, która byłaby w stanie określić każdorazowo bez zbytecznych wątpliwości artyście granice jego wolności. Dlaczego takiej zapobiegającej konfliktom instancji nam się odmawia? Dlaczego politycy, rezygnując z cenzury, łudzą artystów szczęściem prawa do wyboru, a de facto narażają ich na oskarżenia o obrazę uczuć religijnych i procesy karne, na więzienie czy przymusową darmową pracę na rzecz społeczeństwa, gdy z tego prawa zaczynają korzystać? Cenzura towarzyszyła przecież naszej europejskiej kulturze od wieków i skutecznie wyznaczała ramy artystom w PRL-u. Dlaczego dziś znalazła się w niełasce polityków? W tej sytuacji, jeśli nie ma cenzury, pojawia się pytanie - kto ma określić, czy jakieś działanie artystyczne obraża czyjeś uczucia religijne i tym samym narusza konstytucję? Czy to ma być jakaś Rada Starców, która ma dzielić ministerialne pieniądze i oświecać menedżerów kultury? Tego typu ciała proponował utworzyć też senator Szafraniec - stróż polskiej obyczajności, nawołujący do krucjaty w jej obronie, czego jednym z przejawów był właśnie proces w Gdańsku. Po wystawieniu rzeźby Cattelana w Zachęcie ojciec Rydzyk proponował, by dyrektorzy i kuratorzy publicznych instytucji kultury zdawali egzaminy z moralności. Tak widzą ci ludzie cele kultury, której najlepszym gwarantem jakości jest dla nich - jak zawsze zresztą - trybunał karny.

O BLUŹNIERSTWIE I TZW. OBRAZIE UCZUĆ RELIGIJNYCH

Zastanówmy się jednak poważnie (bez ironii), czymże jest interesujące nas tu przestępstwo obrazy uczuć religijnych, o których mówi się w kodeksach od końca XVIII wieku zamiast o bluźnierstwie? Kto zna historię prawa karnego, ten wie, jak następowała i nadal następuje erozja tej sankcji. Oburzony wystawą ,,Irreligia" ojciec profesor Mieczysław Albert Krąpiec, u którego studiowałem metafizykę na KUL-u, przypomniał na antenie Radia Maryja i w ,,Naszym Dzienniku", że w religii Mojżeszowej za bluźnierstwo karano śmiercią. Co chciał w ten sposób osiągnąć i dlaczego nie dodał, że tak samo postępowali katolicy? Czyżby sugerował, że z powodu obrazy czyichś uczuć religijnych można kogoś okaleczyć lub zabić? W religii Mojżeszowej za bluźnierstwo, czyli urąganie, lżenie, szydzenie i wszelki sprzeciw Bogu groziła śmierć przez ukamienowanie. W Nowym Testamencie nie ma przebaczenia za bluźnierstwo przeciwko Duchowi Świętemu ani w życiu doczesnym, ani przyszłym (Mt 12,24 - 28) - dlatego chyba, że bluźnierca tak dalece skalał swą duszę, że nie istnieje już możliwość jej oczyszczenia w akcie żalu i skruchy. Wraz z umocnieniem się chrześcijaństwa dysponującego władzą kościelną i świecką bluźnierstwo jako jeden z najcięższych grzechów było tępione wszelkimi możliwymi środkami. Było ono dość szeroko rozumiane. W myśl jego zmieniającej się stopniowo wykładni wiele dzisiejszych form życia duchowego i materialnego należałoby uznać za bluźniercze - z aborcją i eutanazją na czele. Bluźniercami byli przede wszystkim ci, którzy przestali wierzyć, oprócz tych, którzy wierzyli inaczej. Co groziło za bluźnierstwo? W prawie kościelnym bluźnierstwo było przestępstwem normowanym specjalnymi przepisami prawa kanonicznego. Zwalczano więc bluźnierstwo zwolnieniem z urzędów, wykluczeniem ze stanu duchownego czy ekskomuniką. Papież Grzegorz IX zaliczył bluźnierstwo do przestępstw kościelnych i wprowadził kary oraz pokuty publiczne. Bluźnierca musiał przez 7 niedziel stać w czasie mszy świętej u bramy kościoła, przez 7 piątków pościć o chlebie i wodzie, nadto w okresie odbywania pokuty żywić ubogich lub spełniać inne uczynki nakazane przez biskupa (dziś Nieznalska musi służyć w Caritas). W przeciwnym razie stosowano karę interdyktu i pozbawiano pogrzebu kościelnego. Władza świecka na żądanie Kościoła nakładała też na bluźniercę kary pieniężne. W XIV i XV wieku te kary uległy zaostrzeniu i urozmaiceniu. Karano więc utratą szlachectwa, plebejuszy zaś więzieniem lub karą ośmieszającą (mitra infamiae), w przypadku recydywy dożywotnim więzieniem lub zesłaniem na galery. Pozbawiano bluźnierców urzędów i dochodów, godności. Każdy świadek bluźnierstwa miał obowiązek donieść w ciągu 3 dni o przestępstwie. Zaostrzone kary pieniężne i cielesne rozciągnięto na tych, którzy tego obowiązku nie spełnili. Papież Pius V w 1566 roku wprowadził dla stanów wyższych karę zesłania, dla plebejuszy zaś karę chłosty i przebicia języka. Duchownych tak okrutnie nie karano - degradowano ich słownie lub zsyłano na galery. To zwłaszcza władza świecka, zabezpieczająca własne interesy i interesy popierającej ją władzy kościelnej, była szczególnie okrutna. Prawo kanoniczne wyciskało swe piętno na prawie świeckim aż do XVIII wieku. Mnożyły się więc kary cielesne za bluźnierstwo - oprócz kary śmierci stosowano najczęściej przebicie lub obcięcie języka, warg, publiczną chłostę, pręgierz, więzienie, galery, zesłanie, kary dręczące i zniesławiające, niekiedy kary pieniężne lub inne, w zależności od uznania. Król francuski Ludwik IX w 1264 roku nakazał karać bluźnierców nie tylko przebiciem języka, lecz i piętnowaniem na czole w kształcie krzyża, za co upomniał go papież Klemens IV, wytykając mu... zbytnią surowość. Tak to było z bluźniercami, których jeszcze w 1768 roku w Bawarii w Constitutio criminalis theresiana za najcięższe bluźnierstwo nakazywano palić na stosie.

Religia i irreligia weszły w nową fazę rozwoju po Rewolucji Francuskiej, która ostatecznie podcięła dotychczasową feudalną potęgę Kościoła i oddaliła zupełnie widmo religijnego trybunału. Irreligia okazała się niezwykle potężną siłą, że też terminem tym posługiwał się wówczas w Polsce ksiądz Konarski, piętnując bezbożne życie Oświecenia. Prądy oświeceniowe wpływały na prawodawstwo świeckie, w którym zaczęła obowiązywać zasada, że Bóg nie może być przedmiotem ochrony prawno-karnej państwa. To religia stanęła przed trybunałem Rozumu i Serca. Oświecenie i profetyczny romantyzm sprawiły, że do mnożących się bluźnierców i innych irregulares trzeba było teraz zaliczyć również wszelkich wolnomyślicieli, rewolucjonistów i natchnionych poetów, usiłujących zająć miejsce kapłanów i przewodzić ludowi. Zaczęto zwalczać odwieczny sojusz kleru i monarchii. W miejsce czy obok Boga postawiono wtedy demokratyczne ideały. Dla utrzymania tego na nowo wypracowanego społecznego spokoju wprowadzono przepis o obrazie uczuć religijnych. Bluźnierców zaczęto traktować jako ludzi pozbawionych rozumu, których nie trzeba karać, lecz raczej leczyć w zakładzie dla obłąkanych. Z czasem w kodeksach przestaje się mówić o bluźnierstwie, a jedynie o naruszaniu czci jakiejś społeczności religijnej. Jest to jeden z przejawów zakłócania porządku publicznego, który karze się więzieniem, a przy tym usiłuje się zresocjalizować gorszyciela (skąd my to znamy?). Najpóźniej te procesy zachodziły w Rosji, gdzie jeszcze w 1903 roku bluźnierstwo traktowano jako przestępstwo w rozumieniu kanonicznym. W Królestwie Kongresowym w 1818 roku za bluźnierstwo groziła kara więzienia od 3 do 10 lat, zaś w 1932 roku do lat 5. Dziś za obrazę uczuć religijnych grozi w Polsce kara grzywny lub pozbawienia wolności do 2 lat, co najbardziej chyba zapamięta skazana Nieznalska.

Ta historia irreligii i bluźnierstwa definiowanych i zwalczanych przez samą religię, która później ze względu na swą powyżej opisaną impietas została ograniczona w swych kompetencjach przez emancypującą się politykę, uczy nas, że jesteśmy świadkami postępującej anomii prawa wymierzonego przeciwko bluźniercom.7 Cała nasza cywilizacja staje się bowiem coraz bardziej jakby bluźniercza, czyniąc z tego bluźnierstwa puste, martwe pojęcie, które przestaje pełnić funkcję narzędzia represji i sankcjonować religijną impietas. Jesteśmy coraz częściej lojalni wobec siebie jako bliżnich niż wobec naszych wykładni Boga i strategii pobożnego życia (i Bóg chyba cieszy się z tego, jeśli jest Dobrym Ojcem zasmuconym kłótniami pomiędzy swymi dziećmi?). Ludzie coraz częściej myślą irreligijnie, a sami teiści prowadzą od dawna dialog z ateistami, zamiast ich mordować czy piętnować krzyżem na czole. Nawet masoni otwarcie ujawniają swe racje i zamiary, a ich tajemne sposoby porozumiewania się przestają mieć praktyczny sens, lecz jedynie rytualny, skoro nikt ich już nie prowadzi na szafot. Kościół nie może już tego robić, ponieważ w XX wieku samo duchowieństwo przeżyło straszne prześladowania od bezbożników, zwłaszcza w Rosji Sowieckiej. Dlatego właśnie jesteśmy przynajmniej od dwóch wieków świadkami narodzin nowej, globalnej, irreligijnej formy życia, która nadal rozwija się w postaci rozmaitych napięć i konfliktów, o czym świadczy wyrok na Nieznalską. Mimo wszystko można uznać to za kolejne zwycięstwo irreligii mimo tych represji wobec artystki, której jednak nie skazano na 2 lata więzienia. Mimo smutku i irytacji, jakie nas ogarnęły z powodu, że nadal odbiera się ludziom wolność do tragicznego wyboru, pocieszmy się słowami Przybyszewskiego, które nie straciły na aktualności: Stoimy na przełomie, stary świat chrześcijański, feudalny świat despotów i pokornego bydła kona, a z jego popiołów nowy porządek rzeczy się utworzy. Tymczasem my musimy cierpieć, bo każdy nawet najdrobniejszy objaw naszego życia sformułował się w ciągłej walce z kłamstwem.8


Wracając do tzw. obrazy uczuć religijnych, wyznam, że po wizycie w prokuraturze w jesienią 2001 roku celem złożenia wyjaśnień (a nie jako formalnie przesłuchiwany) na fali licznych doniesień, że popełniłem przestępstwo jako kurator "Irreligii", i z powodu interwencji posłów z Ligii Polskich Rodzin, byłem pewien, że w tym wypadku klęczymy na ruchomych piaskach albo toniemy w bagnie. Nieoficjalnie bowiem okazało się w rozmowie z panią prokurator, że dziś większym problemem dla polskiej prokuratury są obywatele, którzy obrażają się na sztukę, niż ci, których oskarża się o obrazę uczuć religijnych. To bardziej ze względu na tych pierwszych niż na drugich paragraf 196 K.K. o obrazie uczuć religijnych ciągle istnieje. W konfliktach pomiędzy irreligijną sztuką i religijną obyczajowością paragraf ten dotychczas jakby zupełnie nie istniał. Karano jedynie ludzi, którzy na przykład wdzierali się do świątyń i tam zakłócali porządek. Ale niezrozumiałe jest karanie artystów, którzy mają swoją wydzieloną przestrzeń, do której odwiedzania nikt nikogo nie zmusza? Dlaczego wtedy nie zdecydowano się na proces przeciwko kilkudziesięciu twórcom "Irreligii", natomiast później zaciągnięto przed trybunał tę jedną osobę? Czyż wcześniej prokuratura nie dała nam poczucia, że wszystko jest w porządku i że słuszność jest po stronie sztuki? W tej sytuacji należy uznać, że to nie tyle Nieznalska powinna tu być sądzona i uznana za winną, lecz winny okazał się niespójny system i zaniedbania ludzi, którzy byli odpowiedzialni za jego kształt i funkcjonowanie, za edukowanie społeczeństwa. Osądzono jednostkę, podczas gdy powinno się osądzić cały system prawny i jego dotychczasowe wdrażanie w życie.

Seneka powiadał, że tego, czego nie zabrania prawo, zabrania wstyd. Dlatego właśnie liberalizujące się społeczeństwo, jak nasze, zdolne jest w liberalnej euforii zlikwidować instytucję cenzury, bowiem każdy obywatel dysponuje przecież jakąś autocenzurą, działającą na mocy zdrowego rozsądku - sumienia, obyczaju i smaku. O smaku jednak podobno nie dyskutuje się, chociaż w życiu jest zupełnie inaczej. Nie widzę więc innej instancji, jak tylko osobistą metropatię, do której mógłby odwołać się polski minister kultury i ewentualnie sąd, gdy podejmuje decyzję nieangażowania się w jakieś przedsięwzięcia artystyczne czy dokonuje prawnej kwalifikacji dzieła sztuki. Czy taki stan rzeczy nie powinien dodać odwagi ludziom sztuki w domaganiu się większego respektu od władzy dla faktu istnienia niewspółmierności w odczuwaniu świata? Tymczasem, z powodu tego lęku przed niesławą (wstydem), póki co, sztuka w przestrzeni publicznej musi podporządkować się naszej religio civilis i cierpieć skazana w Gdańsku.

SZTUKA OFIARĄ UPOLITYCZNIONEJ RELIGII I URELIGIJNIONEJ POLITYKI

Każdy, komu droga jest wolność sztuki w Polsce, powinien przyjrzeć się tej dwuznacznej, lawirującej wypowiedzi byłego ministra kultury, ponieważ jest to deklaracja programowa dzisiejszej polskiej lewicy, poszukującej do niedawna konsensu z Kościołem, który miał pomóc socjal-demokratom wprowadzić polskich katolików do Unii Europejskiej. Niespójność tej wypowiedzi stwierdzam bez żadnego zaskoczenia i ze zrozumieniem, a nawet z satysfakcją, gdyż potwierdza ona moją tezę. Po obaleniu komunizmu układ polityczny w Polsce im bliżej momentu wstąpienia do Unii Europejskiej, tym mocniej łudził i podniecał nas obietnicą wolności i tolerancji, a zarazem po staremu wraz z Kościołem kontrolował i zamykał naszą aktywność w rezerwacie prywatności, gdy z tej wolności zaczynaliśmy rzeczywiście korzystać. Zachęcało się ludzi, by byli szczerzy, by robili i mówili to, co myślą (tu działa od niedawna logika wolności i tolerancji oraz słychać jakby Odę do radości), ale pozostawiało się ich osamotnionych w konfrontacji z niedemokratycznymi odruchami naszego żywiołu, z naszym konserwatywnym, restrykcyjnym populizmem, zupełnie nie usatysfakcjonowanym karą 2 lat więzienia za naruszenie religijnej obyczajowości. Pozwalało się też, i to jest najbardziej destrukcyjne dla naszej kultury, stosować skuteczną perswazję w zaciszu gabinetu, akceptując personalne rozwiązywanie problemów, gdy ten żywioł zażądał już głów, w tym głowy piszącego te słowa.

Ecce artifex - Dorota Nieznalska - najsłabszy obywatel podpuszczony i wydany przez liberałów i lewicę, pozbawiony wszelkiej pomocy ze strony rzekomo światłego i tolerancyjnego państwa, które w rzeczywistości pogrążone jest w światopoglądowej schizofrenii - w rozdarciu pomiędzy Polską ministra Celińskiego i Polską senator Czuby. Teraz po wyroku dopiero zaczęto rozumieć, co się stało. Ale przypomnijmy sobie choćby nerwowe reakcje czołowego polityka partii mieniącej się być Unią Wolności - Tadeusz Mazowieckiego - na ostatnie postulaty Unii Pracy, domagającej się jeszcze radykalniejszego rozdziału państwa i Kościoła. Toż to propozycja nie w porę, gdy - zacytuję słowa Episkopatu - tak bardzo potrzeba nam wzajemnego szacunku i zgodnego współdziałania (jakby dawniej tego szacunku mniej nam było potrzeba). Myślę, że obecnie Polska ministra Celińskiego zawiera w sobie integralnie Polskę minister Czuby w tym sensie, że jest jej zakładnikiem. Interesuje mnie również zjawisko tzw. religii niewidzialnej, rozkwitającej w czasach komunizmu. Dotyczy ono zapewne sporej rzeszy polskiej klasy politycznej, zwłaszcza lewicy. Dziś zawstydzająca jest przecież prawda o polskiej kulturze. Nie chce się pamiętać, że przez pół wieku żyliśmy w PRL-u, który był bolesnym totalitarnym, ateistycznym eksperymentem na żywym ciele polskiego katolicyzmu. Cały system PRL-u był jedną wielką obrazą uczuć religijnych i powinien zostać osądzony zamiast Nieznalskiej w Gdańsku, jeśli już tego chcemy. Ile jest w nas urazów, powikłanych życiorysów i skrzywionych osobowości, słowem irreligii z tamtej ponurej epoki? Właśnie z tego powikłanego, irracjonalnego źródła - ale przecież dla historyka i filozofa zajmującego - rodzi się irreligijna sztuką, której ekonomicznego wsparcia i miejsca na publicznej scenie odmówił lewicowy minister kultury. Dziś taka sztuka - jak wyrzut z przeszłości - dla polskiej lewicy nie jest potrzebna do szczęścia, ponieważ wierzy ona teraz w religię tolerancji, której jednak zabrakło w przypadku Nieznalskiej.

Zresztą podsycanie ułudy wolności nie jest tylko obecnie domeną liberałów czy lewicy, lecz także centro-prawica przywozi od lat z Europy modne hasła i postulaty, żeby na przykład dywersyfikować naszą narodową i kulturową tożsamość, jak wyraziła się parę lat temu marszałek senatu pani Grześkowiak. Są to puste slogany - werbalizm, za którym nie stoi żadna nowa polityczna kultura i wrażliwość. Takie postulaty głosi Instytut Francuski w Warszawie, informując Polaków, że francuskim priorytetem jest kulturowa różnorodność. W Polsce ciągle wygląda to na grę masek, zwłaszcza wówczas, gdy nagle odzywają się z mocą zachwiani w swej odwiecznej pozycji bardzo wpływowi arcykapłani i denucjują, jak zawsze, niewygodną sztukę politykom i prokuratorom. Ci zaś wypowiadają niespójne deklaracje, by ratować nieustannie kwestionowane przez nich samych status quo.

W tej trudnej sytuacji hierarchia kościelna i rządzący politycy potrafią sobie nieźle radzić, gdyż umieją sobie wiele wzajemnie wybaczyć i sprawnie porozumieć się dla obopólnych korzyści i dla wyższej racji stanu (ostatnim spektakularnym symbolem była srebrna kielnia wręczona przez prymasa Glempa prezydentowi Kwaśniewskiemu - budowniczemu Świątyni Opatrzności Bożej). Za to żywa sztuka i twórcza, poszukująca inteligencja, ma się jak najgorzej, gdyż mało kto chce liczyć się z prawdą, jaką ona głosi i wciela w życie. A prawda jest taka, że irreligia - czyli dążenie do stowarzyszania się ponad dogmatami (nie tylko religijnymi, ale i politycznymi) - jest dziś naszym codziennym chlebem i przeznaczeniem. To jest właśnie dla Kościoła i polityków najtrudniej tolerować, że władza kapłanom i rządzącym wymyka się z rąk, że i w Polsce rodzi się nowa plemienność, która ma ponadreligijny oraz ponadpolityczny charakter, że jakaś sztuka nie czuje wobec nich respektu i potrafi przemówić własnym głosem.

O ELEMENTARNEJ SPRAWIEDLIWOŚCI

Dzisiejsze zawikłanie polskiej kultury, tej bardzo tradycyjnej, zorientowanej na katolicyzm i naród, czyli to, co stanowi starą plemienność (Polskę senator Czuby), oraz nową plemienność - tolerancyjną i sytuacjonistyczną, poszukującą wolności przede wszystkim do dobrobytu, pogłębia właśnie irreligijna sztuka, której polskie państwo wyparło się przed Brukselą i nie chciało jej pomóc, by później skazać w Gdańsku. Takie niesprawiedliwe państwo prędzej czy później upaść musi, skoro z jednej strony dozwala na wszechobecność religii, która jest od tysiącleci symboliczną agresją (wieczne potępienie zastępujące w chrześcijaństwie starozakonna mściwość zazdrosnego, plemiennego Boga), a zabrania obywatelom na nią reagować w sztuce, także za pomocą symbolicznej agresji. Religia, która jest symboliczną agresją musi liczyć się również z irreligijną reakcją - tego wymaga elementarna sprawiedliwość. Sprawiedliwość bowiem wymaga możliwości dania odpowiedzi, choćby na ów bulwersujący wielu ludzi fakt, że biskup jest generałem Wojska Polskiego. Kto zakazuje tej odpowiedzi i karze więzieniem czy innymi dotkliwymi represjami, ten wprowadza niesprawiedliwość. Sprawiedliwe jest, jak powiadał Arystoteles, dać ludziom możliwość odpłaty, ale odpłaty współmiernej. Jeśli Kościół uprawia od tysiącleci symboliczną agresję, a także realną agresję, o czym świadczy powyżej zarysowana historia karania bluźnierców, i otrzymuje również odpowiedź czy odpłatę w postaci symbolicznej agresji irreligijnej sztuki, to przecież nie godzi się sądom na nią odpowiadać agresją realną. Tak pojęta irreligijność - jako odpłata za dotychczasową symboliczną agresję religii - jest realizacją elementarnej sprawiedliwości. Irreligia taka jest wołaniem chwili i posiada ukształtowany w XIX wieku pozytywny sens, procentujący obecnie.

IRRELIGIA NEUROPY

To, że Kościół i lewica, niegdyś śmiertelni wrogowie, zdają się dziś żyć w pokojowej koegzystencji, jest potwierdzeniem tezy, że rodzi się nowa plemienność, która nie chce już walczyć o tradycyjne religijne czy polityczne idee. W tym właśnie, w braku akceptacji przez polityków i Kościół pogłębiających się irreligijnych procesów, którym daje wyraz sztuka, widzę źródło nasilających się konfliktów pomiędzy władzą kościelną czy polityczną a znacznym gronem artystów i krytyków, którzy czują się w Polsce kneblowani za to, że wybiegają przed szereg. Sztuka jak zawsze jest najczulszym barometrem przemian. Kapłani i politycy w Polsce nie zrozumieli jeszcze, że irreligijna sztuka musi wymykać się im z pod kontroli, ponieważ sami tej kontroli systematycznie pozbywają się, nieustannie zachęcając obywateli do wolności, do integrowania się z Europą i wytworzoną w niej różnorodnością. Zresztą szczególnie politycy są plastyczni i zaczynają już zachowywać się jak gwiazdy show businessu. Pełno ich na okładkach popularnych czasopism w różnych dziwnych pozach, co jednych irytuje, a drugich ośmiela do anarchii lub kreowania sterowanego nieporządku. Tylko że europejscy kapłani i politycy potrafią brać odpowiedzialność za skutki sytuacji, jaką stworzyli i jaką stymulują. Prymas - donosił Jędrzej Pawlicki 19 listopada 2001 roku - przyjechał do Brukseli na zaproszenie prymasa Belgii, kardynała Gotfrieda Daneelsa, który chciał odprawić mszę świętą w intencji narodów starających się o przystąpienie do Unii. Józef Glemp potępił wystawę "Irreligia" obrażającą, jego zdaniem, uczucia religijne katolików. Eksponowana między innymi w dwóch świątyniach Brukseli wystawa ukazująca obraz Matki Boskiej Częstochowskiej z domalowanymi wąsami może, zdaniem belgijskiego Kościoła, służyć nawiązaniu dialogu na temat wiary. Trudno w te słowa uwierzyć, ale to jest rzeczywiście możliwe, skoro ten sam kardynał Daneels nie zapowiedział, że będzie występował do króla o niepodpisywanie ustawy dopuszczającej eutanazję, gdy ją uchwalili liberałowie i socjaliści. Nasi kapłani do tej plastyczności jeszcze nie dorośli, jeszcze nie zrozumieli tej irreligijnej gry. Jeszcze się opierają i po staremu grożą, denucjują po dawnemu irregulares władzy świeckiej, która ciągnie ich przed trybunał i skazuje. Ale życie ciągle ich uczy tej ironii losu, która jest zemstą ducha za wieki pychy, krwi, krępowania wolności i upokarzania. Słowacki przeczuwał, że Kościół ten dług będzie musiał w końcu spłacić i właśnie spłaca. Z pewnością zapłaci też za skazanie Nieznalskiej.

Europa, jeśli integracja ma powieść się, będzie zapewne irreligijnym cudem, o jakim marzył niegdyś Jean-Marie Guyau w L'irreligion de l'avenir (1887) - francuski Nietzsche, jak powiadają znawcy. Kto wniknie w strukturę sił duchowych, które stworzyły współczesną Europę, w tym w wolnomyślicielstwo antyku (Grecy jako nasi święci, jak chciał Nietzsche?) ten musi stwierdzić, że nadal ma się wielki szacunek dla ideału chrystianizmu, ale ma się też ogromny respekt dla wyrosłej z tej religii liberalnej i socjalistycznej herezji. A co z romantyczną ironią, która osiągnęła w postmodernizmie pełnię pozytywnego nihilizmu uwalniającego ludzi od symbolicznej przemocy? Siły te chciałyby pracować bardziej efektywnie na rzecz europejskiego pojednania, ale nie są jeszcze zdolne wypracować cudu olbrzymiego światopoglądu, tego odpocznienia (anapausis), które zwieńczyłoby ich wysiłki. Substytutem tego cudu jest irreligijna sztuka, której genezę upatruję przede wszystkim w romantycznej heterodoksji. Nawołujący do miłości bliźniego (i nawet nieprzyjaciół) polscy kapłani i głoszący hasła tolerancji nasi nadwiślańscy lewicowi politycy nie respektują ideałów, których radykalnego wcielenia w życie domaga się od nich irreligijna twórczość. Pierwsi są bowiem ciagle katolikami narodowymi, krewkimi, skłonnymi do przemocy wobec tego typu artystycznych prowokacji, drudzy zaś mają jeszcze utrwalone niedemokratyczne przyzwyczajenia. Chociaż sami już współtworzą z konieczności sytuacje irreligijne, to jednak nadal nie chcą za to brać odpowiedzialności w Polsce i po staremu usiłują zarządzać naszym życiem. Ale znalazło się na szczęście miejsce w Brukseli, gdzie wystawialiśmy irreligijną sztukę w Atelier 340 Muzeum, kierowanym przez Wodka Majewskiego. Ponadto, - co jest symptomatyczne dla integrującego się europejskiego ducha - prezentowaliśmy ją w kościele czynnym, do którego zaprosił nas katolicki proboszcz Marc Scheerens (uważający, że religia psuje ludzi, że Chrystus głosił właśnie irreligię, i zalecający religii śmiać się z siebie, by mogła być wzięta poważnie), oraz w świątyni zdesakralizowanej, pełniącej funkcję galerii sztuki, udostępnionej nam przez radnego z partii zielonych Henri Simonsa - wyznającego wartości laickie. W Polsce taki cud "Irreligii" jest jeszcze nie do pomyślenia, chociaż wielu publicystów domagało się tego. W Polsce wzywa się jeszcze artystów do prokuratorów i skazuje za tzw. obrazę uczuć religijnych.

Ale mimo tej inercji władzy ustawodawczej na naszych oczach rodzi się przecież nowa plemienność Europy. To właśnie sztuka najbardziej wykorzystuje tę dość posuniętą już dywersyfikację religijnych i politycznych tożsamości, by wydać swój głos, którego nie zagłuszy ani rodzimy katolicki narodowy populizm, ani lewicowe kunktatorstwo. Czyich interesów bronił więc minister Celiński, mówiąc o obrazie uczuć religijnych w kontekście sztuki? Czy Krzysztofa Skotnickiego ze Stowarzyszenia Polsko-Belgijskiego - inicjatora nagonki na polskich artystów, a może Jana G. Grudniewskiego, który pisał: Jeżeli możecie, zróbcie zdjęcia tych kompromitujących dzieł i przyślijcie zeskanowane e-mailem, abyśmy w Polsce zrobili z tym porządek, oraz powiadomili kilku polskich posłów (21 X 2001). Już zrobili z tym porządek, nie tylko w Gdańsku. To są metody rozprawiania się z niewygodną sztuką, zgromadzoną za nasze pieniądze w publicznych zbiorach. Wiele tych dzieł było wielokrotnie już prezentowanych publicznie. Na przykład rzekomo bluźnierczy obraz Marka Sobczyka "Biczowanie Chrystusa" stanowi perłę kolekcji sztuki lat 80-tych warszawskiego Muzeum Narodowego, a Matka Boska Częstochowska z domalowanymi wąsami (okładka "Tanga") od lat należy do zbiorów graficznych tegoż Muzeum. Minister Celiński nazwał obraz Sobczyka "Samobiczowaniem" i powielił opaczne interpretacje Belgów, jakoby przedstawiał Żyda i Araba. Jest niedemokratyczną praktyką ministerialną, że w tak poważnej sprawie, gdy katolicki naród burzy się, nie zasięga się rady u źródła, to jest u kuratora wystawy, lecz wysłuchuje jedynie jednostronnych opinii na linii administracyjnej lub za pośrednictwem prokuratora. Czytamy później półprawdy sprefabrykowane dla zatuszowania problemu. Społeczeństwu trzeba jasno powiedzieć, że irreligia zakorzeniona jest w europejskiej kulturze bardzo mocno, że przez pół wieku Polska była miejscem irreligijnego eksperymentu lewicy, z którego rodziła się też irreligijna sztuka. Lewica musi brać odpowiedzialność za kulturę, którą sama przez dwa wieki w Europie współtworzyła. Liberałowie nie mogą chować głowy w piasek, jeśli chcą być uczciwymi liberałami. Schizofrenia zarządzających taką kulturą nie może być aż tak wielka, a wypieranie niewygodnych treści nie może być systematyczną praktyką w polskim muzealnictwie kontrolowanym przez ministerstwo.

SPECJALIŚCI O "IRRELIGII"

Specjalista od Przybyszewskiego, Łukasz Kossowski z warszawskiego Muzeum Literatury, który zarzucił mi w telewizji Puls nielogiczność koncepcji (nie wiem skąd ją znał, może dowiedział się od redaktora tego programu pana Pospieszalsksiego?), pewnie do dziś nie wie, o czym mówił, gdy omawiał twórczość "Buntu" i zachwalał religijne, cudowne ryciny poznańskich ekspresjonistów. Czy myślał też o ,,Mojżeszu" Najgrakowskiego z pięcioramienną gwiazdą na czole? Chyba nie czytał neognostyckich tekstów Hulewicza i nie przestudiował "Zdroju", gdzie pełno symbolicznej agresji wobec polskiego, konserwatywnego katolicyzmu. Aż dziw, że historyk, który pisał o Przybyszewskim i satanizmie Weissa, może takie brednie wypowiadać. To jest możliwe, gdy nagle dowiaduje się, że jest coś takiego w naszej kulturze jak irreligia, czyli heretyckie i krytyczne kwestionowanie nie tyle istnienie Boga, lecz podstaw doktryny religijnej, z którą artyści "Buntu" byli kulturowo związani (tą definicją irreligii w sformułowaniu Demeratha i Campbela posługiwałem się wtedy i nadal jej używam choćby w tekście Irreligia Buntu w katalogu przygotowywanej przez Muzeum Narodowe w Poznaniu wystawy tej grupy). Dyskutujący ze mną wybitni profesorowie dowiadywali się o zjawisku irreligii w chwili dyskusji, toteż rozumiem zaskoczenie muzealnika z Muzeum Literatury. To najzwyklejszy przykład niekompetencji i niestety agresji, którą usprawiedliwiają braki w ogólnej edukacji i niezdolność do filozoficznej refleksji. Fałszowanie czy szukanie dziury w całym bierze się też z obawy przed podejmowaniem niebezpiecznych kwestii, których układ kościelno-polityczny nie nagrodzi. Kto przetnie wstążkę takiej wystawy? Kto wygłosi gładkie przemówienie? Nasza wystawa, organizowana za rządów prawicy, została zaproponowana Instytutowi Adama Mickiewicza, gdzie zapadła głucha cisza i milczenie pana Roberta Kostro. Nie decydowały kwestie merytoryczne, lecz paniczny lęk przed skandalem, jakby skandalem nie była zmowa milczenia i zwyczajne tchórzostwo kierowniczych elit. Przed konsekwencjami przestrzegała mnie pani profesor Maria Poprzęcka, która recenzowała wystawę przed jej ujawnieniem opinii publicznej. Żeby utrącić inicjatywę i poniechać skandalu, podobnego jak za sprawą Cattelana w Zachęcie, wystarczyło, by ten akademicki autorytet uznał, że projekt ma prowizoryczny charakter, że jest niedopracowany merytorycznie i teologicznie (sic!), chociaż odkrywczy i nadający się do publicznej prezentacji w postaci naukowej rozprawy. To nie są argumenty istotne - to jest retoryka poszukująca alibi dla swej lękkliwości i braku woli walki o prawdę sztuki. Z kolei dr Dorota Folga-Januszewska proponowała mi, bym problem "Irreligii" przemycił pod nazwą "Desymbolizacja". Myślę, że problem nie tkwi tylko w konkretnych osobach, lecz jest to przede wszystkim istota systemu, który prawdę poświęca dla pozoru. W naszym kraju panuje powszechny brak odwagi cywilnej, a protesty podpisywane są najchętniej w licznych grupach, gdy to wiele nie kosztuje. Lęk o karierę zabija inwencję, a tych którzy wyrąbują nowe drogi w humanistyce ośmiesza się lub zwyczajnie tępi, izoluje i spycha na margines. Często widzę, jak zamienia się w tym środowisku fachowców i akademików wzniosłą i trudną sztukę w tzw. arcydzieła lub usypiającą miazgę dla maluczkich - kolorowe galerie i albumy redagowane niemal z macierzyńską troską. Dla Ciebie - poszukująca inteligencjo, lubiąca ryzyko i napięcie budzące poznanie - z takich wystaw i książek nic nie pozostaje. Trzeba je robić i pisać ponownie - inaczej problematyzować. Tuszowanie nie jest moim celem. "Irreligia" nie tylko uchybia społecznej pozycji religii (i poniekąd polityki), lecz także nieszczerej i asekuranckiej praktyce polskiego muzealnictwa, któremu martwotę wytknął po aferze "Irreligii" Piotr Sarzyński w "Polityce". Oby, jak niegdyś za Sanacji, oficjalnych salonów artystycznych Warszawy i innych miast nie sparaliżowało biurokratyczne samozadowolenie.

NIESPÓJNOŚĆ POLITYKI KULTURALNEJ PAŃSTWA

"Irreligia" pasożytuje nie tylko na niepoprawnych zasobach publicznych zbiorów, lecz też na niespójnej polityce artystycznej polskiego rządu. W 2000 roku minister kultury i dziedzictwa narodowego Kazimierz Ujazdowski w katalogu Na wolności \ w końcu przygotowanej przez stronę niemiecką we współpracy z Muzeum Narodowym w Warszawie pisał o starym pojęciu wolności jako niepodległości i o wolności nowej (nie znaczy lepszej - jak napisał), o tworzeniu się nowego idiomu polskiej sztuki: Jest to idiom nie dający się sprowadzić do jednej formuły, pełen zarówno odwołań do ponadczasowych wartości jak i prowokacji czy obrazoburstwa. Mimo dystansu do takiej sztuki, w tym zapewne do prac Roberta Rumasa zajmującego się krytyką polskiej religijnej obyczajowości, konserwatywny minister patronował przecież temu obrazoburstwu. Również w prawicowym gabinecie Jerzego Buzka sekretarz stanu ministerstwa kultury i sztuki Sławomir Ratajski pisał w 1999 roku w liście do Andrzeja Kwietniewskiego: Z okazji dwudziestolecia działalności grupy artystycznej "Łódź Kaliska" składam za Pana pośrednictwem serdeczne życzenia i gratulacje dla wszystkich Artystów i Sympatyków grupy. Jubileusze są zawsze okazją do czynienia podsumowań. Niech także i mnie wolno będzie wyrazić opinię, że dwadzieścia lat to dostatecznie długi okres, by na tym przykładzie móc zaobserwować pewien proces w sztuce współczesnej, w którym początkowo zjawiska z wąskiego kręgu doświadczeń artystycznej awangardy powoli "asymilują się" i włączają w nurt sztuki "oficjalnej", nie tracąc przy tym nic z ostrości formułowania estetycznych wyborów. Życzę Państwu sukcesów i wytrwałości w dalszej pracy.9 Ministerstwo Kultury i Sztuki za rządów prawicy objęło patronat nad jubileuszem "Łodzi Kaliskiej", której dzieła znalazły się na wystawie "Irreligia" i wstrząsnęły katolicką Polską.

ZDRADY KLERKÓW

Tę jubileuszową publikację wsparła również "Gazeta Wyborcza", której redaktor schował jednak głowę w piasek w czasie kampanii przeciwko "Irreligii". Adam Michnik chce uchodzić za awangardę rodzącej się europejskości, chce przyznawać nagrody europejskie, lecz gdy pojawia się rzeczywiście europejska idea, ten zaściankowy lewicowiec i liberał wymownie milczy (powiedziano mi po cichu w redakcji, że Adam boi się tej sprawy). Informując lakonicznie o aferze "Irreligii", "Gazeta Wyborcza" zdobyła się tylko na małą wypowiedź Andrzeja Osęki, który napisał - Tego, co wystawa pokazuje, nie da się zignorować. Znajdując pewne racje usprawiedliwiające problematykę "Irreligii", zaraz jednak poprawił się i zastrzegł, że władza Kościoła jest iluzoryczna i że wystawa ta źle mu się kojarzy z przeszłością, mianowicie z antyklerykalnym totalitaryzmem komunistycznym (sowieckim), i dlatego stara się nie wpisywać się w żaden antyreligijny lub choćby areligijny nurt. Doświadczenie mówi mi, że w ostatecznym rozrachunku nic dobrego z takich rzeczy nie wychodzi.10

Tkwiąc w nurcie irreligii, odrzucając lub zaniedbując religię jako człowiek wyznający wartości laickie (jak mi zwierzył się), publicysta ten nie zrozumiał chyba, że ta wystawa jest też o nim i o jego środowisku. Bowiem "Irreligia" ukazuje dziejowy proces apostazji (odpadnięcia) od religii takich właśnie liberalno-lewicowych inteligentów, których poglądy reprezentuje dziś pan Osęka. Jest to obecnie irreligia koegzystencji lub spolegliwego dystansu wobec katolicyzmu, ale już nie konfrontacji z Kościołem. Może nawet pan Osęka napisał do "Znaku" o pokusach irreligii, jak planował? Powinien napisać najpierw o pokusach własnych. Niekonsekwencja tych sklerozakonnych środowisk jest wręcz porażająca, a przemoc i manipulacja medialna tego wysokonakładowego i dobrze ustosunkowanego publikatora przemożna, by tylko uświadomić sobie na przykład fakt, że niechętna w swych recenzjach wobec tzw. sztuki krytycznej Dorota Jarecka, gdy sztuka ta już stanęła przed trybunałem karnym, dała jej w końcu łaskawie dojść do głosu, publikując w Wysokich Obcasach (16.11.2002) z faryzejskim wstępem i uśmiechem wywiad z oskarżoną o obrazę uczuć religijnych Dorotą Nieznalską. Ostatnio naszą grupę rozbawił inny fakt. Gdy Grzegorz Klaman i Aneta Szyłak zbierali podpisy pod listem protestacyjnym w sprawie wyroku na Nieznalską, który i ja podpisałem, poinformowałem moją młodszą koleżankę Joannę Turowicz, że jest taka właśnie akcja. Gdy ,,Gazeta Wyborcza" opublikowała ten list, który podpisało podobno kilkaset osób, to jej nazwisko figurowało w wyborze protestujących. Większość z nich z całym problemem nie miały do tej pory żadnego kontaktu, natomiast dlaczego pominięto moją osobę, skoro doskonale znano mój przypadek? Zapewne dlatego, że w okresie batalii o "Irreligię" nie zgodziłem się na publikację wywiadu, jaki kiedyś przeprowadziła ze mną Dorota Jarecka, która strasznie strywializowała moje myśli. Czyż nie jest prymitywna ta manipulacja "Gazety Wyborczej", tych "obrońców" wolności sztuki, którzy pomijają nazwisko kuratora "Irreligii", a wymieniają nazwisko mojej byłej asystentki? Może pomyśleli, że to jakaś wnuczka Jerzego Turowicza? Może powinienem występować pod takim pseudonimem, by zaskarbić sobie ich względy? Przełamując w sobie wstyd, że o tym wspominam, oświadczam, że dziś cały sobą jestem przeciwko tej gazecie, którą uważam za równe zagrożenie dla wolności sztuki w Polsce, podobne do tego, jakie stwarza LPR.

Dla tego środowiska tacy artyści, jak na przykład Stanisław Szukalski, lepiej niechby nie narodzili się w ogóle, o czym świadczy pytanie Doroty Jareckiej do Anety Szyłak i Grzegorza Klamana, który wziął udział w wystawie "Neuropa". Miała ona zapytać wprost, czy wiedzą oni kim był Szukalski? Dlatego będą ciągle zadawać takie osobliwe pytania i pisać o wszystkim, o najdrobniejszych głupstwach nawet, tylko nie o doniosłej, prawdziwie wolnej i niezależnej sztuce, która jako politycznie niepoprawna jest im nie na rękę. Tu bije jedno ze źródeł tej sklerozakonnej krytyki (by użyć terminu Szukalskiego), która od lat zwalcza tzw. sztukę krytyczną. Partnerem dla pana Osęki może być na przykład "Tygodnik Powszechny", kolejne siedlisko sklerozakonnych. Rzeczywiście dobrze wspominam tylko rozmowę z Haliną Bortnowską na antenie III programu radia. Ksiądz Stanisław Musiał chciał też ze mną i z artystami rozmawiać w krakowskim Bunkrze Sztuki. Pytał jednak Rzepeckiego o odpowiedzialność artysty - jakby chciał go przestraszyć albo zawstydzić. Co powiedziałby dziś Brzozowski o takim jezuityzmie? Po takich spotkaniach człowiek przynajmniej rzeczywiście doświadcza tolerancji. Zwłaszcza gdy przed galerią trwa pikieta członków Towarzystwa ks. Skargi, odżegnujących się od jakiejkolwiek dyskusji z bluźniercami. W środowisku liberałów, lewicy czy tzw. kato-lewicy może nawet współczuje się polskim artystom i kuratorom, którzy zostali określeni przez narodowo-katolicką prasę mianem skandalistów, bluźnierców, terrorystów, prymitywów pozbawionych wyższych uczuć, plugawiących wartości katolickie i narodowe, ludzi niegodnych miana Polaków. W środowisku tym wyczuwano bowiem, że bezpodstawne jest domaganie się dla artystów kary, zwolnienia kuratora z pracy, żądania odcięcia dotacji ministerialnych dla instytucji, które wypożyczyły dzieła na wystawę (lepiej byłoby może te dzieła spalić?). Sympatyczną dociekliwość w zgłębianiu przyczyn mojej dymisji z funkcji kuratora Królikarni wykazywał pan Marcin Chmarniak w "Trybunie". Liberałowie i ludzie lewicy z dystansem przyglądali się tej histerii i nagonce, gdy modlono się za nas i zarazem złorzeczono nam, proponując między innymi wprowadzenie dla takich jak my prawa banicji. Z "Niedzieli" cała katolicka Polska poznała nazwiska profanów, którzy przygotowali brukselską wystawę - wystawę Antychrysta, jak pisano w "Naszym Dzienniku". Z pewnością współczucie było, ponieważ podobnymi epitetami od dawna obrzuca się lewicowo-liberalne środowiska. Ale na współczuciu, tym z najtańszych uczuć, jak powiadał Nietzsche, skończyło się, ponieważ irreligijna sztuka wykroczyła zdecydowanie poza polityczną racjonalność tych grup, poza ich swoisty zdrowy rozsądek, bowiem i w tych kręgach musi być przecież jakiś rozsądek.

Bardziej zdecydowanie poczynały sobie z "Irreligią" tygodniki, jak "Polityka" i "Wprost", "Przekrój" czy "Machina". Przedstawiały wystawę jako sensację, ale tam prawie wszystko sprawia w ostatnich latach wrażenie sensacji. Rynek tego typu pism jest samonapędzającą się spiralą zaskoczenia, błyskotliwości pomysłów i sensacji. Konfrontację opinii "za" i "przeciw" opublikowała "Rzeczpospolita", chociaż większego poziomu dyskusji można było spodziewać się. W tych i innych tzw. laickich mediach pojawiały się głosy, postulujące sprowadzenie wystawy do Polski. Postulując w tej sprawie interwencję rządu, dobrze bawił się poseł Gadzinowski w Sejmie i w "Trybun". Z czasem wszystko ucichło. I dobrze - przecież dość mamy irreligii wokół siebie.

Kto jednak zechce poważnie solidaryzować się ze sztuką, której zarzucono zboczenia, zwyrodnienie, prymitywizm i poczucie dobrego smaku? Pismo Jerzego Urbana włączyło "Irreligię" w swój perwersyjny rytuał nękania Kościoła. Irreligijna sztuka - ku satysfakcji moralnej większości - sięgnęła więc bruku. Ale wszystkie te epitety są niczym, gdyż płyną ze szczerego i poczciwego oburzenia ludzi wierzących lub uważających się za kulturalnych i wykształconych. Takie głosy mobilizują do twórczego wysiłku i doskonalenia. Najbardziej jałowa i destrukcyjna jest mentalność oportunistów, ten typ biurokratyczno-menedżerskiego myślenia, który zaprezentowano z cynizmem w jednym z artykułów: Od 12 lat żyjemy w systemie nieskrępowanych wolności obywatelskich, w tym, oczywiście, pełnych swobód twórczych. Taka jest prawda, nikt nikogo nie cenzuruje, nie ingeruje w akt twórczy artysty. Wolno mu wszystko, pod jednym małym warunkiem - nie dotykać, nie zajmować się sferą religii, obyczajowości religijnej. Nie ma tu żadnych zakazów, zapisów, czarnych list, jakie mieliśmy w przeszłości. Broń Boże! Tyle że te sfery lepiej omijać, a wtedy można się pławić we wszystkich wolnościach. Tylko idiota postępuje odwrotnie, a wtedy jak idiota musi być traktowany.11

Gdy czytam wypowiedź ministra Celińskiego i ponownie je rozważam w kontekście wyroku na Nieznalską, mam wrażenie, że służący trudnej prawdzie sztuki kuratorzy i polscy artyści są nadal traktowani właśnie jak idioci, że cofnęliśmy się do XVIII wieku, gdy bluźnierców proponowano uważać nie tyle za zbrodniarzy, lecz raczej za ludzi niespełna rozumu. Ja zaś uważam, że to polscy politycy i hierarchia Kościoła cierpi na schizofrenię, która nasiliła się zwłaszcza dzisiaj, gdy katolicki naród aspiruje do integracji z irreligijną Europą. Podjąłem próbę ukazania stosunków kulturalnych panujących w naszym kraju, który doświadcza tej nieustępliwej irreligii. Sztuka zaś daje temu świadectwo. Świadomi problemu artyści i kuratorzy, dla swego dobra i wzmocnienia swej społecznej pozycji i wolności powinni jak najszybciej przezwyciężyć atomizację świata sztuki. Powinni przede wszystkim domagać się dla siebie przestrzeni publicznej przez wykazywanie niespójności obowiązującego systemu władzy. Zradykalizujmy swoje postawy i zidentyfikujmy wątpliwych ludzi wokół siebie, szkodliwych oportunistów przybierających maskę obrońców wolności sztuki, którzy uważają, że jedynym zagrożeniem dla wolności sztuki jest Liga Polskich Rodzin czy Radio Maryja, a gdy dyskusja odsłania w szeregach kuratorów ludzi o zapędach cenzorskich, jak dyrektor CSW Wojciech Krukowski wymieniony w dyskusji przez Grzegorza Klamana, wówczas takiej dyskusji po prostu nie publikuje się, czego dokazała Jolanta Brach-Czaina po dyskusji w "Respublice Nowej". Podobnie potraktowano w tej redakcji pierwotny zrąb tego tekstu. A rzeczywistość trzeba, jak wiadomo, zacząć zmieniać od siebie, nie zważając na towarzyskie koterie.

STRATEGIE OBRONY SZTUKI

Odwoływanie się dziś do irreligii jest niezwykle istotnym narzędziem obrony sztuki nie tylko przed wojowniczymi ludźmi Kościoła i jego partyjnymi przybudówkami, lecz także przed rządzącą postkomunistyczną socjal-demokracją, która dla własnej wygody i dla martwoty spokoju społecznego wysłuchuje ze zrozumieniem zakonnych denucjacji i ignoruje żywą twórczość, ograniczając jej przestrzeń społeczną. Moja strategia obrony, powołująca się na heterodoksję Mickiewicza czy Słowackiego, na irreligię Przybyszewskiego i satanizm Weissa lub buntowniczość Hulewicza, nawet na irreligię potępiających "Irreligię", jest dość skutecznym instrumentem, gdyż demaskuje nie tylko powierzchowność konserwatystów lub zwykłych zjadaczy chleba, redukujących tradycję wybitnej polskiej sztuki do ekonomii zdrowego rozsądku, której ona począwszy od romantyzmu świadomie sprzeciwia się. Następnie, ujawnianie irreligii jako fenomenu życia społecznego ośmiesza zachłanność kleru w Polsce, który święci jakby z mocą rozpędzonej bezwładnej już machiny wszystko, co popadnie - nawet heretyków. Trzeba ponownie wołać za Stanisławem Brzozowskim, że fałszuje się dziś romantyków, że próbuje się ich udusić kadzidłami. To prymas Glemp poświęcił pomnik Słowackiego, który przecież pisał: Nie, nie zostanę nigdy księdzem. Oni to, faryzeusze miłość udający obrzydzali mi próg kościelny i pokazywali do Boga drogę maleńką i pełną fałszów, po której tylko robactwo ludzkie pełznąć mogło!.12 W imię jakich racji, jeśli nie irreligijnych, prymas Glemp poświęcił pomnik tego buntownika i tym samym zdezorientował wiernych? Otóż nie dla potwierdzenia katolickiej ortodoksji, nie dla czystości wiary i utrwalenia cnoty pokory, lecz dla bałwana Narodu, w który polski Kościół wierzy jak w Chrystusa. Pomnik heretyka, który wierzył w odrzucaną przez Kościół metempsychozę i mesjanizm potępiony w XIX wieku przez Watykan, prymas Polski poświęcił w obecności państwowych dostojników o lewicowym rodowodzie. Mam też przed sobą tom religijno-filozoficznych pism Mickiewicza, którego wydanie uchwaliła Krajowa Rada Narodowa 5 maja 1945 roku - pewnie dlatego, że dzieła tego wieszcza i ludowego trybuna były kiedyś na kościelnym indeksie ksiąg zakazanych. Teraz "Irreligii" z pewnością nie poświęcą następcy prymasa. "Irreligii" nie może wykorzystać też dla swych propagandowych celów lewica, ponieważ wystawa ta ukazała również ponure, irracjonalne oblicze lewicy w przeszłości. Słowacki inaczej pojmował miłość Ojczyzny - wierzył w świętą anarchię Ducha, który rzuca w każdej epoce wyzwanie dla społecznej formy. Jest to też odpowiedź dla dra Stanisława Krajskiego, który zapytywał w "Naszym Dzienniku" - skąd rodzą się takie pomysły, jak "Irreligia"? Otóż z uwielbianego przez was Mickiewicza i Słowackiego. Irreligijni artyści polscy mają więc u siebie dobrych adwokatów (zrozumiał to Grzegorz Klaman). Wystarczy tylko nie pozwolić, by ich dorobek zawłaszczyła jakaś jedna opcja polityczna, czy zafałszował Kościół.


W dyskusji "Irreligia i wyzwania wolności" ("Gazeta Malarzy i Poetów", 2002, nr 1) prof. Piotr Piotrowski twierdził, że obrona "Irreligii" czy w ogóle sztuki i kuratorów doświadczających ostatnio represji powinna dokonywać się przede wszystkim za pomocą politycznych argumentów. Powinniśmy poszukiwać ratunku dla sztuki w forsowaniu koncepcji społeczeństwa otwartego, obywatelskiego? Ja mam na to inny pogląd. Jeśli ktoś tak mówi, to znaczy, że pokłada w polityce wielkie i chyba wygórowane nadzieje. Kto szuka ratunku w polityce, ten zapewne nie zastanawiał się nad polityką jako modernistycznym uroszczeniem praktycznego rozumu, który od dwóch wieków usiłuje podporządkować sobie nie tylko religię, ale i sztukę. Starożytna koncepcja człowieka jako zwierzęcia politycznego początkowo nie stała w opozycji do religii, chociaż ówczesnym politykującym filozofom, w tym Arystotelesowi, zarzucano bezbożność, a więc irreligię. Arystoteles, mimo krytyki mitologii, wielekroć wspominał o boskości rozumu i państwa. Tak więc polityka w starożytnej kulturze wyłoniła się z religijnego porządku i była, zwłaszcza w imperium Romanum, podległa religio civilis. Bez cnoty religio i pietas w łacińskiej kulturze nie można było sobie wyobrazić politycznego ładu, w imię którego zwalczano irreligio i impietas. I o tym też jest tu właśnie mowa. Należy ukazać miejsce, w którym znaleźliśmy się jako ludzie zachodniej cywilizacji. Chodzi o postępujący od czasów Oświecenia proces degradacji społecznej roli religii na rzecz polityki. Dzięki irreligii, dzięki krytyce religii, możliwa była ta emancypacja i intronizacja polityki. A czymże obecnie jest polityka? To przecież Hubert Vedrine - były minister spraw zagranicznych Francji - powiedział parę lat temu, że dziś zachodnie społeczeństwa wierzą w demokrację jak w religię - wystarczy tylko nawrócić się. To nie jest żadna metafora. To jest ironiczna wypowiedź nie tylko o amerykańskich demokratach - wypowiedź o walorach heurezy. O polityce działającej jak religia z góry na obywateli pisał w zaproszeniu wystawy ekolog Henri Simons. Czym więc jest teraz polityka, która zastąpiła religię? Powtarzam - to współczesną politykę trzeba rozpatrywać w kontekście irreligii, a nie odwrotnie. Bez irreligii, jeśli trzymać się historii, polityka nie zdobyłaby takiej pozycji, jaką ma dziś w społeczeństwie. Kiedyś religia i władza królewska (świecka) stanowiły filary wspierające łuk, który zwieńczał sam Bóg. Coraz liczniejsi są ci, którzy tę konstrukcję odrzucają. Religię ma zastąpić na przykład liberalny ideał. Lecz mglista i nieokreślona kategoria społeczeństwa otwartego, któremu ma służyć tzw. sztuka krytyczna - to jest zbyt partykularne zagadnienie, proteza polityki i namiastka tego, czego pożąda ambitny filozof - cudu olbrzymiego światopoglądu. A ten powinien uporać się z tym, co niebezpieczne, potworne i irracjonalne, przedpolityczne i wymykające się socjalizacji. Ciekawe, że zwolennicy społeczeństwa otwartego bywają sami zamknięci, żyjąc niczym w jakiejś sekcie lub klubie, zaś artyści krytyczni, walczący z władzą kościelną czy państwową, siły nadużywają w takim zakresie, jaki im przysługuje. Oni również zdradzają skłonności autorytarne, wykluczając ze swego grona tych, którzy im nie odpowiadają. Dlatego nigdy dość nieufności wobec polityków i polityki.

Byłbym oczywiście naiwny, gdybym wierzył, że sztuka wymknie się w końcu z pod moralno-politycznej kurateli, że nie będzie ciągle ograniczana przez praktyczną racjonalność i trybunał karny. Ale na szczęście to samo dotyczy moralności i polityki czy religii, które sztuka będzie jako Artecrazia (by użyć terminu Marinettiego) nieustannie ograniczać w ich kompetencjach. W tym sensie sztuka będzie ciągle niszczyć państwo, jak przewidział Nietzsche. Sztuka za pomocą jednego małego obrazu, jak Matka Boska Częstochowska z wąsami, może dokonać niezwykłych zmian w świadomości społecznej, może podważyć istniejący porządek dzięki oddziaływaniu na nasze wyobrażenia, o czym doskonale wie senator Szafraniec - specjalista od psychologii percepcji. Dlatego właśnie sztukę skazano w osobie Nieznalskiej. Ale dziś sztuka pozornie poniosła klęskę, została osądzona i skazana, ale to ją tylko wzmocni, mimo że liberalni i lewicowi politycy nie chcą za nią brać w Polsce odpowiedzialności, a Kościół wymownie milczy. Sztuka zawsze będzie nękać religię i politykę, ukazując niespójność jej działań. Stało się to w Brukseli i oby stawało się częściej, gdyż dobrze to służy kondycji umysłowej każdej społeczności. To jest osobliwość naszej zachodniej cywilizacji, że przez wieki wypracowaliśmy ten system samoregulacji społecznej. Ale tego sędziowie nasi jeszcze nie pojęli. Kapłan i polityk w Polsce musi w końcu zrozumieć, że otrzymuje niekiedy sygnały ostrzegawcze od sztuki dla swego dobra, byśmy nie stali się w przyszłości teokratyczną dyktaturą, jak w Iranie. A ponieważ sztuka nie jest bezpośrednią, realną agresją czy represją, lecz jest agresją symboliczną, to sztuce wolno znacznie więcej niż religii czy polityce. Dlatego taka sztuka powinna być w Polsce pod szczególną ochroną, a podatnicy powinni na nią łożyć bez wahania i cieszyć się, że mówi im, jacy oni są. Ten, kto stosował represję wobec sztuki w dziejach, zawsze okazywał się barbarzyńcą, niezależnie od tego, jakie szczytne ideały wyznawał. Sztuka jest bowiem heurezą, z której mogą czerpać inni, ale nie muszą, jeśli tego nie chcą. Trzeba jednak najpierw im to umożliwić. Trzeba uszanować tę modalność bytu społecznego - możliwość bowiem nie oznacza przecież, że to coś jest czy musi być. Leon Chwistek uczulał na oddzielanie rzeczywistości wyobrażeń od rzeczywistości rzeczy, tymczasem czyjeś poczucie obrazy jego uczuć religijnych rości sobie pretensję do respektu w rzeczywistości osób i rzeczy, czyli do stosowania wobec innych ludzi (ich wyobrażeń) sankcji karnej. To przypomina palenie czarownic na stosie spowodowane pomieszaniem rzeczywistości wyobrażeń inkwizytorów i konkretnych osób. Artystyczne wyobrażenia Nieznalskiej - jej symboliczną agresję będącą odpowiedzią (odwetem nawet) na symboliczną agresję religii - uznano za przedmioty czy działania, które można sądzić jak pospolite przestępstwa - kradzieże czy rozboje dokonujące bezpośredniego spustoszenia w rzeczywistości osób i rzeczy. Gratuluję sędziemu precyzji w poznawaniu świata.

Takie właśnie wątpliwości i postulaty chciałoby się usłyszeć od ludzi władzy i większe zaangażowanie się w realizację wartości, które zdeklarowali się wyznawać. Bez konfrontacji, bez udostępnienia obywatelom publicznej przestrzeni dla ujawnienia ich rzeczywistych poglądów i wyobrażeń o świecie, bez przyzwolenia na szczerą, a nie kontrolowaną i pozorną komunikację w sztuce, która nie może być lekkostrawnym towarem, będzie to tylko biurokratyczny werbalizm, jaki znamy z przeszłości? Dlatego ciągle trzeba, aż do znudzenia, powtarzać słowa Jerzego Hulewicza z grupy "Bunt": Tylko "wolny", żadnymi względami, ani politycznymi, ani społecznymi nie krępowany, z jarzma ciężkiej pańszczyzny, jaką musiał dotychczas w interesie układu społecznego odrabiać, wyzwolony twórca zdoła nam dać c a ł e g o człowieka i c a ł ą pełnię życia. Twórca musi mieć bezwzględną swobodę tworzenia.13 Ta wolność sztuki musi być rzeczywiście bezwzględna, sytuując się poza granicami dobra i zła, piękna i brzydoty, zbrodni lub cnoty, w ogóle poza wszelkimi kategoriami, jakimi dusza jest w sferze niższej omotana i skrępowana.14 To jest apologia twórczego bezprawia - irreligii usiłującej ulokować się w domenie pozytywności. W przeciwnym razie - jak pisał Przybyszewski w Obrachunkach - człowiek staje się martwym manekinem. Irreligię - paradoksalnie - należy może łączyć też z religią jako więzią z tym, co nie poszkodowane i odporne: czy zrywanie z nią, choćby po to, aby zawiesić na chwilę przynależność religijną, nie jest od zawsze samą kolebką wiary najbardziej autentycznej czy sakralności najbardziej źródłowej? Należałoby w każdym razie mieć na uwadze, w sposób, jeśli to możliwe, areligijny, a nawet irreligijny, to, czym może być obecnie religia, oraz to, co się m ó w i i r o b i , co p r z y d a r z a s i ę właśnie w tej chwili, w świecie, w historii, w jej imieniu.15 Dziś w obronie czci i dobrego imienia katolickiej religii skazano w Gdańsku Dorotę Nieznalską. I to jest właśnie dla tej - mojej - religii obrazą.

Irreligijnej kwestii, jak też aktualnych konfliktów pomiędzy światem sztuki, religii i polityki, skoro nie my pierwsi zadaliśmy ciosy i nie ostatni otrzymamy razy, nie da się rozwiązać za pomocą politycznych racji - to jest najważniejszy filozoficzny (aporematyczny) rys irreligii. Żadna społeczna czy polityczna grupa nie jest przecież w stanie skonsumować tej sztuki dla własnej korzyści - nawet artyści, ponieważ sztuka ta ukazuje obłęd towarzyszący nie tylko religii czy polityce, lecz zakorzeniony również w samej sztuce, stanowiący dla niej realne zagrożenie jako dla pewnego typu racjonalności. Sztuka irreligijna w Polsce stała się jawnym, a przez to społecznie napiętnowanym refugium irracjonalności. Irracjonalizm - jak wiemy - jako przeciwieństwo racjonalizmu - przemawia zerkając tylko ku temu, na co racjonalizm jest w ogóle ślepy.

Kto dziś w Polsce poczuwa się do odpowiedzialności za naszą irreligijną kulturę, której już zechciała używać Europa w Brukseli, a którą w Polsce skazano w osobie Nieznalskiej? Kto ma śmiałość dać schronienie dla irracjonalizmu, wierząc, że w tym ryzykownym działaniu potwierdzi, być może, afektywność, efektywność i efektowność ducha - bezwarunkową miłość, wolę do swobodnej twórczości i stowarzyszania się ponad dogmatami?

dr Kazimierz Piotrowski


Przypisy:

1 S. Przybyszewski, Obrachunki, "Zdrój" 1918, t. II, z. 1, s. 1.wróć

2 Do Bogumiły Łukomskiej w Łęgowie (Berlin, 10 I 1893), [w:] S. Przybyszewski, Listy, zebrał S. Helsztyński, Warszawa 1937, s. 73. wróć

3 Minister Kultury Andrzej Celiński (do Pani Krystyny Czuby), "Nasz Dziennik" 6 XII 2001, s.8. wróć

4 Oświadczenie Episkopatu Polski. Nie znieważajmy świętości (Jasna Góra, 30 listopada 2001r.), "Nasz Dziennik" 1 - 2 grudnia 2001, s. 1. wróć

5 Stanisław Brzozowski, Legenda Młodej Polski. Studya o strukturze duszy kulturalnej (I wyd. 1910), Kraków - Wrocław 1983, s. 37 wróć

6 "Nasz Dziennik" 6 XII 2001, s. 8. wróć

7 Anomia (grec. anomos - nieprawy) uznawana była w tradycji judeo-chrześcijańskiej za jeden z synonimów grzechu, czyli akt odrzucenia prawa lub stan ducha wywołany wykroczeniem przeciwko prawu Bożemu (hamartia). wróć

8 Do Pauliny Pajzderskiej w Łęgu (Łojewo, 12 IX 1889), [w:] S. Przybyszewski, Listy, op. cit., s. 43. wróć

9 Bóg zazdrości nam pomyłek, Łódź Kaliska Muzeum, 1999, s. 105 wróć

10 Andrzej Osęka, Jawa czy sen. Pokusy irreligii, "Gazeta Wyborcza" 8-9 XII 2001, s. 8. wróć

11 Andrzej Skoczylas, Sztuka i życie praktyczne. Madonny na saksach, "Magazyn Trybuny" 24-25 IX 2001, s. 16. wróć

12 Juliusz Słowacki, Listy do matki, opr. Zofia Krzyżanowska, Ossolineum, Wrocłąw - Łódź 1990, s. 353. wróć

13 "Zdrój", t. I (październik 1917), z. 1, s. 4. wróć

14 Ibidem, s. 3. wróć

15 J. Derrida, Wiara i wiedza. Dwa źródła "religii" w obrębie samego rozumu, [w:] Religia. Seminarium na Capri prowadzone przez Jacquesa Derridę i Gianni Vattimo..., przeł. P. Mrówczyński, Warszawa 1999, s. 36. wróć




< < < do strony głównej < < <