Generatory uczuć metafizycznych

19.08.2003

Artystka Dorota Nieznalska została skazana przez gdański sąd na karę 60 godzin prac społecznych i zakaz opuszczania miejsca zamieszkania przez pół roku za to, że swoją pracą pt. "Pasja", której częścią jest równoramienny krzyż z umieszczoną w jego centrum fotografią męskich genitaliów, obraziła uczucia religijne grupy pozywających ją osób.

Sprawa Nieznalskiej jest bulwersująca i skandaliczna. I dla tych, którzy trzymają stronę artystki, i dla zwolenników jej ukarania, którzy z uznaniem przyjęli wyrok sądu. Pierwsi uważają, że proces Nieznalskiej w ogóle nie powinien mieć miejsca, drudzy są zdania, że nie ma miejsca dla takich rzeczy, jak jej instalacja. Obie strony mają mocne argumenty. Człowiek przywiązany do swej religii czuje się najgłębiej dotknięty, gdy ktoś wykorzystuje czczone przezeń symbole w sposób odmienny od tego, w jaki sam przywykł je traktować. Natomiast człowiek, który uznaje autonomię sztuki, dla którego sztuka to jedna z najważniejszych rękojmi ludzkiej wolności, twierdzi, że próby ograniczania zakresu artystycznej wypowiedzi w tę wolność godzą. Nie ma dobrego rozstrzygnięcia konfliktu tych stanowisk, nie jest nim tym bardziej wyrok sądu. Paradoksalnie, oba sprowadzają się jednak do wspólnej podstawy.

Spór mieści się bowiem w obrębie dwóch sfer życia duchowego człowieka: religii i sztuki. Oba są sposobami, jakie wynalazł człowiek dla poszukiwania, jak mawiał Witkacy, uczuć metafizycznych (dołączał do nich jeszcze filozofię). Miał na myśli sztukę i religię naszego kręgu kulturowego, Zachodniej Europy. Religia i sztuka przez wieki uzupełniały się w tych uczuć poszukiwaniu: trudno w przeszłości znaleźć bliższe sobie dziedziny ludzkiej ekspresji. Czy można było sobie wyobrazić wówczas religię bez sztuki? Właściwie należałoby nawet nazwać sztukę jedną z form, w jakich przejawia się religia: nie ma historii religii bez historii religijnej sztuki.

W historii sztuki powstałej w kręgu oddziaływania katolicyzmu nie brak przykładów, które bez większego ryzyka, acz z zachowaniem wszystkich proporcji, można przypomnieć przy okazji sprawy Nieznalskiej. Chrystus z Sądu Ostatecznego w Kaplicy Sykstyńskiej został namalowany nagi, tak jak wszystkie postaci na tym fresku, z wyjątkiem Matki Boskiej. Przepaskę domalowano mu już po śmierci Michała Anioła. Do tego czasu nawet papież nie widział w tym nic gorszącego. Andrzej Osęka, który o tym przypomniał w artykule, opublikowanym w "Gazecie Wyborczej" w pierwszych dniach procesu Nieznalskiej (18 listopada 2002) pisze: "Nagość, a nawet seksualność Chrystusa w przedstawieniach rzeźbiarskich i malarskich miała głębokie uzasadnienie teologiczne - oznaczała pełnię wcielenia, uczłowieczenia Syna Bożego. Bywała również interpretowana jako powrót człowieka - dzięki Odkupieniu - do stanu sprzed grzechu pierworodnego". Dorota Nieznalska zaprzeczyła, że jej praca miała intencje bluźniercze: chciała zestawić krzyż jako symbol cierpienia z obrazem katuszy, jakie zadaje sobie współczesny mężczyzna w imię osiągnięcia absurdalnego ideału stania się kimś lepszym od siebie samego - miała to być krytyka takiego "przebóstwiania" się w imię jak najbardziej świeckich racji. Jeśli tak, to nie ma tutaj bluźnierstwa, bo nie chciał tego twórca. Nagi Chrystus także przecież może bulwersować, a jednak z początku intencje artysty zostały zaakceptowane.

Wiele jednak lat minęło od czasów Michała Anioła i drogi religii i sztuki bardzo się rozeszły. Przykład może wydać się banalny, ale jego banalność bierze się z oczywistości: wystarczy obejrzeć wnętrza kościołów, wystarczy posłuchać śpiewanych podczas mszy pieśni... Kościół zaniedbał estetyczny wymiar sacrum, zapoznał sens sztuki jako jednego ze sposobów wyrazu religijnych treści. Religijna wrażliwość nie znajduje odpowiednika we wrażliwości estetycznej. Człowiek wierzący nie musi być wrażliwy na sztukę - podczas gdy dawniej musiał, choćby sam o tym nie wiedział: sztuka po prostu go otaczała, była częścią religii. W zapoznaniu wartości sztuki ma też swe źródło postawa niezrozumienia dla tego, czym zajmuje się i czego szuka artysta, a w końcu odmawianie mu prawa do autonomii, skoro jego dzieła nie mieszczą się w sferze wyobrażeń przyjętych przez wiernych.

Współczesna sztuka natomiast nie raz udowadnia, że straciła zdolność do poszukiwania, nie tylko uczuć metafizycznych. Jak bowiem można czegoś poszukiwać, skoro dokładnie nie wie się czego. Wystarczy przypomnieć sobie wyjaśnienia Doroty Nieznalskiej, która nie potrafiła jasno wyłożyć idei swego dzieła. Stąd argumenty osób (które notabene poparły sam fakt postawienia Nieznalskiej w stan oskarżenia, choć jednocześnie dystansowały się od wyroku), że artysta musi liczyć się z odpowiedzialnością za swoją twórczość, że nie może bez poczucia tej odpowiedzialności przedstawiać swoich prac, mają swoje uzasadnienie. I to bynajmniej nie chodzi o odpowiedzialność karną, lecz o odpowiedzialność za sens. Takie zdanie wyrazili po wyroku choćby rzeźbiarz Jerzy Kalina (telewizyjne "Wiadomości" z 18 lipca br.) i malarz Stanisław Rodziński ("Rzeczpospolita" z 31 lipca). Obu nie sposób zaliczyć do grona gwałtowników z LPR, którzy pozwali Nieznalską do sądu. Jedną z cech współczesnej sztuki jest ucieczka od przekazu - dzieło może mieć wiele znaczeń, sens może nadać mu zarówno artysta, tak samo jak odbiorca. Nie dziwi więc, że każdy może odczytać go po swojemu i zaskarżyć twórcę do sądu. W takim kontekście skazanie Doroty Nieznalskiej ktoś mógłby odczytać nawet jako dalszy ciąg artystycznego projektu. Z reakcji wszystkich zainteresowanych widać, że jednak nie o to chodziło.

To, co najbardziej uderza w całym szumie, jaki wywołała instalacja Doroty Nieznalskiej (poza tym, że w ogóle doszło do procesu!), jest wzajemny brak chęci zrozumienia u obu stron. Może zabrzmi to dla jednych naiwnie, dla innych szokująco, ale widzę w nim potwierdzenie tezy Witkacego, że sztuka i religia na Zachodzie jako swego rodzaju "generatory" uczuć metafizycznych obumarły. Nie ma między nimi kontaktu, nie ma chęci wzajemnego słuchania. Uderzające jest to, że siła oddziaływania obu - na ludzi, na współczesny świat - ciągle maleje. Mówią o tym i ludzie Kościoła, i ludzie sztuki. Może dzieje się tak po części dlatego, że oddaliły się tak od siebie i zubożyły wzajemnie? Religię i sztukę łączyło kiedyś wspólne pragnienie duchowych poszukiwań, obie były obszarem ludzkiej wolności. Teraz wydają się wzajemnie ów obszar ograniczać: tak to czują i ci dotknięci pracą Nieznalskiej, jak i ci, którzy są oburzeni wyrokiem na artystkę. I jedni, i drudzy mają mocne argumenty, ale nie ma dyskusji. Zamiast dyskusji jest proces przed sądem, który z ciekawego problemu zrobił groteskę.

Jan Kawiorski

Ilustracja: Aleksandra Fabijańska

Tekst ukazał się na stronie internetowej Polskiego Radia w dziale "Kultura" - www.radio.com.pl/kultura